Dwa dni temu, w ciągu około jednej zaledwie godziny, przeżyliśmy dwie bardzo niemiłe przygody. A wszystko zdarzyło się podczas spaceru. Pod względem emocjonalnym to był bardzo ciężki dzień, bo mocno to wszystko przeżyłam.
Atak agresywnego psa
Zapowiadało się całkiem fajnie, bo wybrałyśmy się wspólnie z siostrą na spacer z Oskarem na naszą ulubioną leśną łączkę. Szliśmy sobie spokojnie, nie spodziewając się zupełnie niczego nadzwyczajnego, moja siostra prowadziła Oskara na smyczy, on węszył akurat przy czyimś ogrodzeniu, gdy nagle za siatką między tujami pojawił się pies, który zaczął dość nachalnie przypatrywać się i pokłapywać zębami, co zdenerwowało Oskara na tyle, że ze dwa czy trzy razy na niego warknął. Oddaliliśmy się od ogrodzenia, aby iść sobie dalej, aż tu nagle tamten pies jak gdyby nigdy nic bardzo szybko przeskoczył ogrodzenie w jakimś niższym miejscu (widać musiał robić to już nie pierwszy raz, bo odbyło się to momentalnie, doskonale wiedział, gdzie skakać) i błyskawicznie rzucił się na Oskara przygniatając go do ziemi i gryząc za szyję w taki sposób jakby chciał go po prostu zabić! Stało się to tak szybko, że ogarnęła nas panika, w pierwszej chwili zupełnie nie wiedziałyśmy co robić, zaczęłyśmy krzyczeć - a pies, który był od naszego dwa razy większy, nie zwalniał chwytu, tylko zaciskał szczęki coraz mocniej, Oskar próbował się bronić, ale tamten trzymał go tak, że mu się to nie udawało. Ja w tym czasie, chcąc ratować swojego psa, na nic nie zważając zaczęłam tamtego okładać kijkiem, a gdy to nie bardzo pomagało, zaczęłam rzucać w niego jak największymi bryłkami śniegu leżącymi na poboczu. W końcu agresor puścił, oddalił się na kilka kroków, ale wciąż atakował podbiegając i próbując znów chwytać zębami. Kazałam siostrze nie ruszać się z miejsca i trzymać psa blisko siebie, a ja próbowałam odgonić agresora, który ciągle jeszcze biegał wokół nas i szukał sposobności, aby jakoś przecisnąć się do Oskara i go atakować. Chodziłam tak w kółko wymachując kijem i rzucając śniegiem, nie pozwalając mu się zbliżyć. Oskar, cały roztrzęsiony, tylko poszczekiwał żałośnie, gdy widział, że tamten chce podchodzić. Kiedy pies oddalił się na w miarę bezpieczną odległość, szybko sprawdziłam czy nie poranił Oskara - na szczęście nigdzie nie było widać krwi, myślę, że uratowało go jego grube zimowe futro, przez które agresorowi nie udało się przebić. Po stwierdzeniu, że pies jest cały i zdrowy, zdecydowałam, że nie będziemy zawracać do domu, tylko pójdziemy dalej. Byłam jednak pełna złości na to, że ludzie są tak nieodpowiedzialni, nie zawracają sobie głowy tym, co robi ich pies, nie zadbają o to, aby dobrze ogrodzić teren, żeby psy nie wydostawały się samowolnie na ulicę. Ponadto, mimo, że krzyczałyśmy, narobiłyśmy tyle hałasu, nikt nawet nie wyjrzał aby sprawdzić co się dzieje. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby tamten pies przekierował swoją agresję także na nas, czy nikt by nam wtedy nie pomógł? I nawet nie chcę myśleć co by było, gdybym była z psem na spacerze sama, przecież w pojedynkę nie zdołałabym odgonić tak natarczywie atakującego psa... Jestem zła również dlatego, że jesteśmy akurat w okresie, kiedy po kastracji u Oskara powoli wyciszają się hormony i pomału staram się uczyć go normalnych relacji ze znajomymi psami, a zdarza się nagle sytuacja, która może zaprzepaścić wszystko i uniemożliwić spokojne poznawanie nowych psich kumpli, bo nie wiadomo jak teraz pies może zareagować na obcych pobratymców.
Mimo wszystko, doszliśmy szczęśliwie na "naszą" łączkę, gdzie można było trochę uspokoić się, odetchnąć, na chwilę zapomnieć o zaistniałym zdarzeniu. Oskar sobie spokojnie powęszył, pobiegał w śniegu, standardowo poćwiczyliśmy przywołanie, najpierw na lince treningowej, później też luzem. Następnie wybraliśmy się w drogę powrotną, z wielką nadzieją, że nie spotkamy ponownie agresora - i tak też było, gdy przechodziliśmy nieopodal jego ogrodzenia, miałyśmy z siostrą oczy dookoła głowy, a pod ręką jeszcze więcej patyków nazbieranych na leśnej ścieżce, ale jego na szczęście nigdzie nie było już widać.
Śmiertelny wypadek
Druga, bardzo smutna historia, zdarzyła się kiedy byłyśmy już prawie pod swoją bramką. Kilkadziesiąt metrów przed nami, jeden z sąsiadów z osiedla, starszy pan, wyszedł jak zwykle ze swoimi dwoma niewielkimi kundelkami. Nagle dało się słyszeć nieprzyjemne chrupnięcie - jak się okazało był to odgłos łamanych psich kości... To samochód, który nas wcześniej minął, przejechał po jednym z piesków :( Tak po prostu, jak gdyby nigdy nic, potrącił starszego psa, który zapewne nie zdążył już sprawnie odskoczyć gdzieś na bok, a następnie po nim przejechał! Nas po prostu wmurowało w ziemię - wszystko to działo się przecież na oczach wspomnianego starszego pana, a ów bezduszny kierowca, który przejechał pieska, nawet się nie zatrzymał, ot tak po prostu pojechał sobie dalej. Moim zdaniem, nawet jeśli zrobił to nieumyślnie nie zauważając psa, to chyba poczuł, że po czymś przejeżdża, i nawet jak już i tak nic nie dało się zrobić, to chyba zwykła kultura tego wymaga, aby zatrzymać się i chociaż przeprosić właściciela, zapytać czy może mu w czymś pomóc (chociażby w uprzątnięciu psiego ciałka z ulicy)? Chwilę jeszcze tak stałyśmy zszokowane, widziałyśmy jeszcze jak starszy pan w dość brutalny sposób potraktował bezwładne psie ciałko, czego nie chcę nawet opisywać (zastanawiałam się tylko dlaczego tak zrobił i doszłam do wniosku, że chyba chciał mieć stuprocentową pewność, że piesek już nie cierpi, albo skrócić jego agonię).
Za dużo tego wszystkiego było jak na jeden dzień, najpierw mało brakowało, a mogłam nawet stracić własnego psa (po powrocie jeszcze dokładniej go obejrzałam, okazało się, że miał na szyi lekki ślad po zębach napastnika; na całe szczęście skończyło się tylko otarciem naskórka, ale co by było gdyby miał krótką sierść, był bardziej kruchej postury, albo byłabym z nim sama?), a później widziałam jak zginął inny piesek :( Jestem wrażliwą osobą, więc bardzo to przeżyłam; miałam w sobie już tyle złości i żalu na to wszystko, że z poczucia takiej bezradności coś we mnie pękło i po prostu się rozpłakałam.
Boję się teraz na dłuższe spacery wychodzić bez kija pod ręką (a może powinnam kupić gaz pieprzowy do obrony przed agresywnymi psami?). Przeraża mnie też ludzka nieodpowiedzialność i bezduszność...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz