sobota, 30 listopada 2013

Rok po kastracji - co się zmieniło?

No właśnie, całkiem niedawno - dokładnie 13. listopada - minął już cały rok od tego wielkiego dnia, kiedy to mój pupil stracił swoje "klejnoty". Do dziś pamiętam ile mnie to stresu kosztowało, ale tamtej decyzji w ogóle nie żałuję. A co się zmieniło? Postaram się opisać w kilku punktach:

Na lepsze, czyli plusy:
- to czego najbardziej oczekiwałam, a więc nadmierny popęd płciowy, zdecydowanie się zmniejszył; na spacerach Oskar już tak nie wyrywa jak kiedyś do każdego napotkanego psa, a kiedy wiem, że możemy do jakiegoś podejść, odbywa się to spokojnie - psy się obwąchują, a Oskar zazwyczaj dość szybko traci zainteresowanie i idziemy sobie dalej, bez żadnych oporów, co bardzo mnie cieszy :)
- stał się bardziej posłuszny, taki bardziej uważny - mocniej zwraca na nas uwagę i słucha poleceń, dużo szybciej i z większym entuzjazmem przybiega na zawołanie
- zrobił się bardziej milusiński, taka "przylepa-przytulanka" (oczywiście tylko w obrębie swojej rodziny, bo obcych jak zwykle nie toleruje) ;) 

Niekoniecznie na lepsze, czyli troszkę minusów:
- na początku, podczas spacerów był bardzo drażliwy na szczekające zza płotów psy, bardzo szybko się denerwował kiedy jakiś pies nas obszczekiwał i sam próbował się rzucać w stronę takiego płotu z agresorem; dziś już ten problem nieco zmalał, aczkolwiek czasem jeszcze potrafi się "wkurzyć" i odwarknąć 
- i to co jest największą naszą zmorą - ogromne łakomstwo, spotęgowane uwielbienie jedzenia, którym i tak nigdy nie gardził; no i niestety nie uchroniliśmy się przed tendencją do tycia - przez pierwsze pół roku problem praktycznie nie istniał, bo Oskar świetnie trzymał formę, nawet schudł niecałe 0,5 kg od momentu kastracji, co trochę chyba uśpiło moją czujność, bo w ciągu następnego półrocza mojemu łasuchowi przytyło się całe 2 kg! Już wiedziałam, że Oskar zrobił się ostatnio nieco okrąglejszy, ale gdy przy okazji ostatniego szczepienia postawiłam go na wagę, to byłam w szoku widząc wynik 16,3 kg (podczas gdy pół roku wcześniej było 14,3) - natychmiastowo w domu została ogłoszona dieta odchudzająca dla psa i zakaz dokarmiania bez mojej wiedzy :) A co najśmieszniejsze, to chyba ja jestem najbardziej nieszczęśliwa z tego powodu, że muszę mojemu kochanemu psiakowi mniej dawać jeść ;)

Bez zmian:
- oczywiście nie zmienił się "nieokiełznany" charakterek Oskara - jak nie lubił obcych ludzi, a zwłaszcza dzieci, tak dalej ich nie toleruje i głośno to oznajmia
- nadal jest pełen energii i żywiołowy, choć może i zrobił się już troszeczkę bardziej leniwy, ale to i wiek pewnie już też robi swoje, jednakże na zabawę i szaleństwa z piłeczką lub patyczkami ma zawsze ochotę :)

czwartek, 31 października 2013

Białystok 2013

Tradycyjnie, jak co roku, pora opisać rodzimą białostocką wystawę, która odbyła się jak zwykle w ostatni weekend sierpnia - tym razem było to w dniach 24.-25.08.2013. Już po raz siódmy w Białymstoku miała miejsce Międzynarodowa Wystawa psów rasowych, po raz czwarty Krajowa Wystawa Terierów (25.08.) i po raz trzeci Krajowa Wystawa 2. Grupy FCI (24.08.).

Tradycyjnie również nie mogło mnie zabraknąć przy flat coated retrieverach ;) Tym razem pracowałam na wybranym ringu w roli gospodarza. Flatki wystąpiły pierwszego dnia wystawy, a było ich sześć - tym razem 2 psy i 4 suczki. Nie pokazała się jednak w swoim mieście w tym roku Toska, więc bardzo mnie ciekawiło kto tym razem zgarnie BOBa :) A oceniał polski Pan sędzia - Jerzy Olszewski, według którego wszystkie psiaki były doskonałe. BOB przypadł psu z klasy championów - SWEET FUR BALL z Grodu Hrabiego Malmesbury, zaś Najlepszym Juniorem została suczka - Grosslab SUNNY PINACOLADA.
Oprócz flatków, na ringu pojawił się curly coated retriever, labrador retrievery oraz na koniec 2 nova scotia duck tolling retrievery.

Wystawa jak zwykle mi się podobała, bo wśród psiaków zawsze jest fajnie ;) Z organizacją było już o wiele lepiej niż w zeszłym roku, pogoda też w końcu dopisała (pierwszy raz od kilku lat nie padał deszcz ani jednego dnia!), a jedyne co dało się we znaki - to przenikliwe zimno na hali lodowiska, gdzie akurat mieliśmy ocenę drugiego dnia wystawy.

Best In Show tegorocznej wystawy została suczka rasy jamnik szorstkowłosy standardowy -  Ex Sentia CAUGHT YOU LOOKING. A zdjęcia z finałów - na stronie białostockiego oddziału ZKwP >tutaj<.

niedziela, 1 września 2013

Urlop pod znakiem psich sportów

Pora trochę odkurzyć bloga... Co nieco ciekawego bowiem ostatnio się działo i jest o czym poopowiadać ;)

Trzy tygodnie temu poszłam na długo wyczekiwany urlop, który od dawna już planowałam wziąć w takim terminie, aby w drugi weekend sierpnia móc zahaczyć o Trójmiasto. A to z tego względu, że w tym właśnie czasie miały odbyć się tam psie imprezy - nie tylko wystawa psów, ale i moje ulubione agility oraz frisbee. Kiedy kilka miesięcy wcześniej się dowiedziałam, że wszystko to ma odbyć się w tym samym terminie, już wiedziałam, że muszę tam być... no i się udało! W piątek, 9.sierpnia, z samego rana razem z siostrą pojechałyśmy do Gdańska, gdzie zatrzymałyśmy się na kilka dni. 

Sobotę i niedzielę 10-11.sierpnia zarezerwowałyśmy sobie na obejrzenie psich sportowców w akcji :) Jedyną niedogodnością dla widzów, którzy chcieliby być na wszystkich trzech imprezach (a ja do takich właśnie należałam ;)) było ulokowanie każdej z nich w innym miejscu... Kiedy byłyśmy na podobnych wakacjach po raz pierwszy, 3 lata temu, wszystko odbywało się na sopockim Hipodromie, gdzie miejsca było dość i na wystawę i na zawody agility i frisbee. Natomiast w tym roku zgrany był termin, ale niestety nie miejsce, a szkoda. I tak - międzynarodowa wystawa psów oraz wystawa krajowa VIII grupy FCI, organizowane przez sopocki oddział ZKwP, odbyły się przy PGE Arenie w Gdańsku, VI Bałtyckie Zawody Agility - na stadionie "Ogniwo" w Sopocie, a Dog Chow Disc Cup - również w Sopocie, ale w Parku Północnym.
Ostatecznie, kursowałyśmy tylko w Sopocie między zawodami frisbee i agility, z przewagą tego pierwszego. Wystawę, choć z wielkim żalem z mojej strony (bo bardzo chciałam pooglądać moje ukochane flatki - w niedzielę była przecież krajówka 8.grupy), darowałyśmy sobie - i ze względu na odległość i z uwagi na to, że na DCDC było naprawdę niesamowicie ciekawie! 
Kto choć raz był na zawodach Dog Chow Disc Cup, ten na pewno wie o czym piszę. Można naprawdę się zauroczyć patrząc jak niezwykłe efekty daje wysiłek włożony w pracę z psem i na ten psi zapał do współpracy z człowiekiem. Na tej imprezie nie ma ani jednej pary pies-człowiek, u której nie byłoby widać szczęścia, jakie odbija się i w psich i ludzkich oczach. To są naprawdę zakręceni ludzie i ich psy, mega pozytywnie zakręceni na punkcie tego co robią :) A najbardziej to wszystko widać w najciekawszej części całych zawodów, czyli we freestyle'ach. Zwłaszcza ci bardziej już doświadczeni zawodnicy dają niesamowicie ciekawy pokaz swoich umiejętności - wówczas to już podczas każdego takiego 2-minutowego występu stoisz jak zaczarowany i patrzysz ile to niesamowitych ewolucji można wykonać razem ze swoim psem i pięknie to zgrać przechodząc od jednego elementu do kolejnego, i to jeszcze w rytm ulubionej muzyki. Po prostu coś wspaniałego! 
W tym roku, pierwszego dnia pogoda niezbyt dopisała, ale mimo wszystko zawodnicy deszczu się nie bali i dali świetne występy. A choć widzów zbyt wielu nie było, to najwierniejszych fanów deszcz i tak nie przestraszył i dzielnie kibicowali stojąc pod parasolami ;) Wczesnym popołudniem na szczęście się nieco wypogodziło, to i ludzi trochę więcej się zebrało. I wszyscy z zapartym tchem oglądali tych najlepszych freestyle'owców, wśród których, śmiało można powiedzieć, że największe uznanie zdobył gość z dalekiej Japonii - Shaun Hirai i jego pies Shack. Niedziela już była o wiele ładniejsza (= dużo więcej widzów), ale też nieco bardziej wietrzna, co troszeczkę psuło szyki zawodnikom, ale i tak wszyscy mieli świetną zabawę. I znów te piękne freestyle'e! Znowu świetny popis dali Shaun i Shack, którzy ostatecznie oczywiście wygrali zawody.
W ciągu tych dwóch dni, tak jak już wspomniałam, oprócz DCDC, byłyśmy również na zawodach agility. Mimo iż to również bardzo ciekawy sport, to jednak w tym roku królowało w Sopocie frisbee. Po kilku godzinach spędzonych w Parku Północnym, na "Ogniwie" nie było już tak ciekawie. Pewnie to też trochę kwestia organizacji - zawody w ogóle nie rozreklamowane (praktycznie kto się nie interesuje, ten nic nie wiedział gdzie i kiedy) - ilość widzów bliska zeru, przyszli tylko ci, którzy sami się dowiedzieli albo trafili jakoś przypadkiem. Z tego co wiem, organizatorzy też widzów się nie spodziewali, można powiedzieć, że zawody praktycznie były nastawione tylko na zawodników. Trochę szkoda, bo agility jest też bardzo fajne, ale już rozpisywać się na ten temat nie będę. Napiszę tylko jedno - gdyby zadbać o widownię, mogłoby być zdecydowanie ciekawiej :)

Podsumowując, tegoroczny wakacyjny urlop, ze szczególnym uwzględnieniem tych dwóch weekendowych dni pod znakiem psich sportów, uważam za udany :) Nawet mimo niezbyt dopisującej pogody, warto było wyjechać na te kilka dni, aby móc obejrzeć wspaniałe sportowe zmagania psio-ludzkich drużyn - i tych frisbee'owych i też tych agility'owych. 

niedziela, 12 maja 2013

Troszkę zmian...

Znów na blogu zapanowała na jakiś czas cisza, ale tym razem to nie z lenistwa ;) Po prostu trochę mi się w życiu pozmieniało. Chyba w końcu zaczęło się mniej więcej wszystko układać w dobrym kierunku. Przede wszystkim jestem bardzo zadowolona z tego, że ponad 2 miesiące temu udało mi się znaleźć pracę - i to taką, jaką chciałam, w kierunku której dokształcałam się przez ostatnie 8 miesięcy (a 3 tygodnie temu zdałam egzamin i zdobyłam odpowiedni certyfikat). Cieszę się, że trafiłam do takiej, a nie innej firmy, gdyż poznałam nowych fajnych ludzi oraz cały czas nabieram potrzebnego w dalszym zawodowym rozwoju doświadczenia. I choć nie jest to praca związana z moimi ukochanymi psami, to piszę o tym tutaj, bo dzięki takiej w życiu zmianie, dalej może być już raczej coraz łatwiej - mam na myśli to, że coraz bardziej realne staje się spełnianie marzeń. Być może prędzej niż myślałam przyjdzie możliwość wzięcia pod swój dach drugiego psa :) Póki co, na razie to tylko jeszcze takie gdybanie, czas pokaże jak się to wszystko dalej poukłada, ale flacie marzenia chyba są coraz bliżej niż dalej ;)

Pochwalę się czymś jeszcze - otóż udało mi się na ponad miesiąc przejść na wegetarianizm - nie jadłam mięsa od połowy lutego do końca marca, czyli przez cały post. Później niestety, z braku czasu na układanie prawidłowych, zbilansowanych bezmięsnych jadłospisów, musiałam przywrócić do diety mięsne posiłki, aby nie doprowadzić do jakichś poważniejszych braków w organizmie, ale poprzestałam tylko na mięsie drobiowym. Natomiast od dzisiaj, ze względu na to, że 13. maja, czyli jutro, rozpoczyna się Ogólnopolski Tydzień Wegetarianizmu, podejmuję kolejną próbę. Nawet zapisałam się do akcji "Zostań wege na 30 dni!" na stronie zostanwege.pl, gdzie mam dostawać codziennie na maila praktyczne porady i przepisy na ciekawe dania.

Tyle o sobie, a już wkrótce znowu o psach :)
Pozdrawiam Czytelników!

wtorek, 19 lutego 2013

9-te urodziny Oskara

Dziś Oskar skończył 9 lat. Niesamowite jak ten czas szybko leci - ale mimo jego upływu, cieszę się, że mój pies cały czas jest w świetnej kondycji, jak młodzieniaszek. Dziś dostał nową zabawkę i bawił się jak szczeniak :) I oby zostało tak jak najdłużej.  

To co chcę dziś napisać, to to, że mimo iż Oskar aniołkiem nie jest i ma swoje wady, niektóre kompletnie nie do naprawienia, to jednak jestem ogromnie szczęśliwa, że ten właśnie pies pojawił się w moim życiu w odpowiednim czasie. To on mnie nauczył, czym jest odpowiedzialność za drugą istotę. To dzięki niemu wiem, jakich błędów nie należy popełniać przy wychowywaniu psa. No i przede wszystkim to dzięki niemu odnalazłam swoją życiową pasję, którą cały czas staram się rozwijać. To tak krótko, żeby już za bardzo się nie rozpisywać - za to i za wszystko inne, czego nie wymieniłam, bardzo Ci mój psiaku dziękuję.

A czego Ci Oskarciu życzę? 

  • abyś był ze mną jak najdłużej i zachował zdrowie i dobrą kondycję przez długie lata
  • żebym ja poświęcała Ci więcej czasu (obiecuję, że bardziej się postaram)
  • spacerków jak najdłuższych i najciekawszych, bez przykrych niespodzianek
  • samych przyjaznych psich kumpli
  • jedzonka najpyszniejszego i góry smakołyków (w granicach rozsądku oczywiście ;))
  • więcej cierpliwości do natarczywych dwu- i czworonożnych
  • no i abyś doczekał psiego "braciszka" lub "siostrzyczki" :)
Tego wszystkiego i w ogóle wszystkiego naj naj naj najlePSIEGO, Oskarku! ♥

środa, 30 stycznia 2013

Kiedy na spacerze czyhają niebezpieczeństwa...

Dwa dni temu, w ciągu około jednej zaledwie godziny, przeżyliśmy dwie bardzo niemiłe przygody. A wszystko zdarzyło się podczas spaceru. Pod względem emocjonalnym to był bardzo ciężki dzień, bo mocno to wszystko przeżyłam.

Atak agresywnego psa
Zapowiadało się całkiem fajnie, bo wybrałyśmy się wspólnie z siostrą na spacer z Oskarem na naszą ulubioną leśną łączkę. Szliśmy sobie spokojnie, nie spodziewając się zupełnie niczego nadzwyczajnego, moja siostra prowadziła Oskara na smyczy, on węszył akurat przy czyimś ogrodzeniu, gdy nagle za siatką między tujami pojawił się pies, który zaczął dość nachalnie przypatrywać się i pokłapywać zębami, co zdenerwowało Oskara na tyle, że ze dwa czy trzy razy na niego warknął. Oddaliliśmy się od ogrodzenia, aby iść sobie dalej, aż tu nagle tamten pies jak gdyby nigdy nic bardzo szybko przeskoczył ogrodzenie w jakimś niższym miejscu (widać musiał robić to już nie pierwszy raz, bo odbyło się to momentalnie, doskonale wiedział, gdzie skakać) i błyskawicznie rzucił się na Oskara przygniatając go do ziemi i gryząc za szyję w taki sposób jakby chciał go po prostu zabić! Stało się to tak szybko, że ogarnęła nas panika, w pierwszej chwili zupełnie nie wiedziałyśmy co robić, zaczęłyśmy krzyczeć - a pies, który był od naszego dwa razy większy, nie zwalniał chwytu, tylko zaciskał szczęki coraz mocniej, Oskar próbował się bronić, ale tamten trzymał go tak, że mu się to nie udawało. Ja w tym czasie, chcąc ratować swojego psa, na nic nie zważając zaczęłam tamtego okładać kijkiem, a gdy to nie bardzo pomagało, zaczęłam rzucać w niego jak największymi bryłkami śniegu leżącymi na poboczu. W końcu agresor puścił, oddalił się na kilka kroków, ale wciąż atakował podbiegając i próbując znów chwytać zębami. Kazałam siostrze nie ruszać się z miejsca i trzymać psa blisko siebie, a ja próbowałam odgonić agresora, który ciągle jeszcze biegał wokół nas i szukał sposobności, aby jakoś przecisnąć się do Oskara i go atakować. Chodziłam tak w kółko wymachując kijem i rzucając śniegiem, nie pozwalając mu się zbliżyć. Oskar, cały roztrzęsiony, tylko poszczekiwał żałośnie, gdy widział, że tamten chce podchodzić. Kiedy pies oddalił się na w miarę bezpieczną odległość, szybko sprawdziłam czy nie poranił Oskara - na szczęście nigdzie nie było widać krwi, myślę, że uratowało go jego grube zimowe futro, przez które agresorowi nie udało się przebić. Po stwierdzeniu, że pies jest cały i zdrowy, zdecydowałam, że nie będziemy zawracać do domu, tylko pójdziemy dalej. Byłam jednak pełna złości na to, że ludzie są tak nieodpowiedzialni, nie zawracają sobie głowy tym, co robi ich pies, nie zadbają o to, aby dobrze ogrodzić teren, żeby psy nie wydostawały się samowolnie na ulicę. Ponadto, mimo, że krzyczałyśmy, narobiłyśmy tyle hałasu, nikt nawet nie wyjrzał aby sprawdzić co się dzieje. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby tamten pies przekierował swoją agresję także na nas, czy nikt by nam wtedy nie pomógł? I nawet nie chcę myśleć co by było, gdybym była z psem na spacerze sama, przecież w pojedynkę nie zdołałabym odgonić tak natarczywie atakującego psa... Jestem zła również dlatego, że jesteśmy akurat w okresie, kiedy po kastracji u Oskara powoli wyciszają się hormony i pomału staram się uczyć go normalnych relacji ze znajomymi psami, a zdarza się nagle sytuacja, która może zaprzepaścić wszystko i uniemożliwić spokojne poznawanie nowych psich kumpli, bo nie wiadomo jak teraz pies może zareagować na obcych pobratymców.

Mimo wszystko, doszliśmy szczęśliwie na "naszą" łączkę, gdzie można było trochę uspokoić się, odetchnąć, na chwilę zapomnieć o zaistniałym zdarzeniu. Oskar sobie spokojnie powęszył, pobiegał w śniegu, standardowo poćwiczyliśmy przywołanie, najpierw na lince treningowej, później też luzem. Następnie wybraliśmy się w drogę powrotną, z wielką nadzieją, że nie spotkamy ponownie agresora - i tak też było, gdy przechodziliśmy nieopodal jego ogrodzenia, miałyśmy z siostrą oczy dookoła głowy, a pod ręką jeszcze więcej patyków nazbieranych na leśnej ścieżce, ale jego na szczęście nigdzie nie było już widać.

Śmiertelny wypadek
Druga, bardzo smutna historia, zdarzyła się kiedy byłyśmy już prawie pod swoją bramką. Kilkadziesiąt metrów przed nami, jeden z sąsiadów z osiedla, starszy pan, wyszedł jak zwykle ze swoimi dwoma niewielkimi kundelkami. Nagle dało się słyszeć nieprzyjemne chrupnięcie - jak się okazało był to odgłos łamanych psich kości... To samochód, który nas wcześniej minął, przejechał po jednym z piesków :( Tak po prostu, jak gdyby nigdy nic, potrącił starszego psa, który zapewne nie zdążył już sprawnie odskoczyć gdzieś na bok, a następnie po nim przejechał! Nas po prostu wmurowało w ziemię - wszystko to działo się przecież na oczach wspomnianego starszego pana, a ów bezduszny kierowca, który przejechał pieska, nawet się nie zatrzymał, ot tak po prostu pojechał sobie dalej. Moim zdaniem, nawet jeśli zrobił to nieumyślnie nie zauważając psa, to chyba poczuł, że po czymś przejeżdża, i nawet jak już i tak nic nie dało się zrobić, to chyba zwykła kultura tego wymaga, aby zatrzymać się i chociaż przeprosić właściciela, zapytać czy może mu w czymś pomóc (chociażby w uprzątnięciu psiego ciałka z ulicy)? Chwilę jeszcze tak stałyśmy zszokowane, widziałyśmy jeszcze jak starszy pan w dość brutalny sposób potraktował bezwładne psie ciałko, czego nie chcę nawet opisywać (zastanawiałam się tylko dlaczego tak zrobił i doszłam do wniosku, że chyba chciał mieć stuprocentową pewność, że piesek już nie cierpi, albo skrócić jego agonię). 



Za dużo tego wszystkiego było jak na jeden dzień, najpierw mało brakowało, a mogłam nawet stracić własnego psa (po powrocie jeszcze dokładniej go obejrzałam, okazało się, że miał na szyi lekki ślad po zębach napastnika; na całe szczęście skończyło się tylko otarciem naskórka, ale co by było gdyby miał krótką sierść, był bardziej kruchej postury, albo byłabym z nim sama?), a później widziałam jak zginął inny piesek :( Jestem wrażliwą osobą, więc bardzo to przeżyłam; miałam w sobie już tyle złości i żalu na to wszystko, że z poczucia takiej bezradności coś we mnie pękło i po prostu się rozpłakałam. 
Boję się teraz na dłuższe spacery wychodzić bez kija pod ręką (a może powinnam kupić gaz pieprzowy do obrony przed agresywnymi psami?). Przeraża mnie też ludzka nieodpowiedzialność i bezduszność...