środa, 12 grudnia 2012

Wspomnienie wakacji - część psia :)

Było już o króliczkach, to teraz pora na psi wakacyjny pamiętnik :)

Dla mego Oskara to lato też nie było takie całkiem zwyczajne, też miał trochę nowości. Najpierw trochę zmodyfikowałam mu jego barfowy jadłospis, aby mógł troszeczkę przytyć - ale o tym, jak i o jego letnim marudzeniu już pisałam w ostatniej "barfowej" notatce, więc nie będę się powtarzać (wspomnę jeszcze o efekcie zmian - ale to w kolejnym poście). Później, w czasie gdy trzeba było dokarmiać maleńkie króliczki, nie mogłam poświęcić psu tyle czasu, ile bym chciała, więc troszeczkę był zdany sam na siebie, bo ani nie ćwiczyliśmy żadnego psiego sportu, ani nie wychodziliśmy też zbyt często na spacer. Oczywiście poznał naszych nowych długouchych przyjaciół, ale tylko z daleka, właściwie mógł zapoznać się dobrze jedynie z ich zapachem, a popatrzeć mógł tylko z dużego dystansu, ze względu na jego instynkt łowiecki do tego typu zwierzątek.

Największa zmiana (na szczęście tylko czasowa) w jego trybie życia nastąpiła w drugiej połowie lata. Związane to było z pracami przy wymianie dachu na naszym domu. Przede wszystkim dla jego własnego bezpieczeństwa, jak również aby nie kręcił się robotnikom pod nogami, musiał na czas remontu przebywać w jednym miejscu - w kojcu, co było dla niego zupełną nowością, bo nigdy nie był tak ograniczony na swoim podwórku. Kojec przygotowaliśmy ostatecznie z samego rana w dzień rozpoczęcia prac - z jednej strony ograniczony był ścianą budynku gospodarczego, obok płotem od strony sąsiadów, który jeszcze dodatkowo umocniliśmy i zakryliśmy w większości kawałkami onduliny, a pozostałe dwie ścianki ogrodzenia i bramkę zrobiliśmy z fragmentów starego płotu. Kojec wyszedł nawet dość spory. Wstawiliśmy tam budę, a następnie zanim jeszcze przyjechała ekipa, razem z siostrą zabrałyśmy Oskara na dłuższy spacer do lasu. Wzięłam ze sobą linkę treningową (10 m), bo bałam się jeszcze tak całkiem go spuszczać ze smyczy - choć w spacerowych planach miałam już puszczanie psa luzem, to jednak chciałam zacząć dość ostrożnie od poćwiczenia przywoływania na długiej lince; oprócz tego trzeba było też nieco "obadać" teren. Kiedy wróciliśmy ze spaceru, już były rozstawione rusztowania, a robotnicy już w większości siedzieli na dachu. Oskar musiał od tego momentu zostawać w kojcu, co jak się można domyślić nie bardzo mu odpowiadało. Musiał swoje wyszczekać - bo jak to - obcy ludzie mu się kręcili po jego terenie. Później na jakiś czas, i to dość długi jak na niego, zapanowała dziwna cisza... a pies jakimś dziwnym trafem biegał sobie szczęśliwy po podwórku. A co się stało? - otóż, kiedy był tak cicho, okazało się, że czas ten spędził bardzo pracowicie, robiąc podkop :) Wydostał się z kojca i trochę sobie pobiegał, a później ulokował się w kąciku pod garażowymi drzwiami i odpoczywał nikomu nie przeszkadzając - tak go właśnie zastałam, kiedy wróciłam do domu po kilkugodzinnej nieobecności. Trochę z nim później posiedziałam i przypilnowałam, kiedy ekipa zbierała się do domu. Pod wieczór tata naprawił podkop i umocnił jeszcze to miejsce i po wieczornym spacerze Oskar musiał wrócić do kojca.
Podkopu już więcej nie zrobił, a z czasem przywykł do tego, że musi przebywać na tej małej przestrzeni i trochę zrezygnowany większość tego czasu przesypiał. A najbardziej cieszył się z codziennych długich porannych i wieczornych spacerków. Najdłuższe spacery zawsze odbywały się rano - w bardzo fajne miejsce - na łąkę na skraju lasu i trwały około 2 godzin, zaś wieczorami spacerowaliśmy w różnych kierunkach, ale już nie tak daleko i nie tak długo, najwyżej około godziny. Wieczorne spacery odbywały się tylko na smyczy i nie były bardzo ciekawe, natomiast najciekawsze, moje (jak i zapewne Oskara też) ulubione były te poranne. Jak już wspomniałam, z początku brałam ze sobą linkę treningową i na nią przepinałam psa, kiedy już byliśmy z dala od drogi i od ludzi. Zawsze brałam ze sobą jakieś smakołyki i ćwiczyliśmy co nieco z przywołania, co wychodziło całkiem nieźle (bo tak w ogóle - na własnym podwórku przywołanie ćwiczymy już od dawna, więc on to umie, choć nie zawsze mu się chce ;) ale żeby tak na otwartej przestrzeni - zawsze bałam się go gdzieś spuścić, a już na pewno nie gdzieś gdzie są obcy ludzie i jeżdżą samochody; chociaż kiedyś, już dawno temu, zdarzyło się, że musiałam to przywołanie w środku osiedla wypróbować i efekt był pozytywny, nawet nie musiałam przypinać psu smyczy, aby go na podwórko sprowadzić, wystarczyły smaczki). Po kilku - dosłownie po 3 czy 4 dniach, kiedy już zapoznaliśmy się z terenem, pochodziliśmy tam trochę na lince, kiedy razem z siostrą (bo chodziłyśmy z Oskarem zazwyczaj we dwie) stwierdziłyśmy, że ludzie tam raczej się nie pojawiają, choć ja jeszcze do tego nie byłam do końca przekonana, to ona namówiła mnie, żeby już spróbować go spuścić, aby pobiegał luzem. Pomysł okazał się dobry, przywołanie działało (tym bardziej, że "losowo" niektóre przyjścia do nogi były premiowane smakołykami), tak więc od tamtego dnia Oskar codziennie na porannych spacerach mógł wybiegać się sobie luzem.
(Ja się czasem zastanawiam, dlaczego mam tak mało wiary we własne i swojego psa możliwości?)  
Na tych porannych spacerkach, jako że okolica jest bardzo ciekawa, było naprawdę bardzo sympatycznie - pies mógł się wybiegać i pomoczyć sobie łapki, a nawet całe "podwozie" w łąkowym "bajorku", a my mogłyśmy co nieco poobserwować przyrodę, bo oprócz ciekawej roślinności i różnych mniejszych żyjątek, w lesie wśród gałęzi drzew bywało przeróżne kolorowe ptactwo, a nawet jastrzębie gdzieś tam mieszkają, z dala w zagajniku od czasu do czasu pojawiała się rodzinka sarenek, a na łące kilka razy spotkaliśmy lisa. Z rudzielcem na szczęście Oskar nie zetknął się nos w nos, bo za pierwszym razem, jak go przyuważyłam, zdążyłam psa do siebie przywołać i zapiąć na smycz, a i kolejnymi razami zawsze pierwsza go wypatrzyłam i zarówno dla psiego jak i liskowego bezpieczeństwa, pies był przypinany.
Im bardziej Oskar poznawał nowy teren i im pewniej na nim się czuł, tym dalej pozwalał sobie się od nas oddalać i częściej trzeba go było przywoływać, a nawet zawracać kilka razy, aby nie był tak do końca pewny w jakim konkretnie idziemy kierunku. Mimo wszystko, podczas tych spacerów "na luzie" tylko raz zdarzyło nam się psa zgubić, kiedy w drodze powrotnej odbiegł troszkę za daleko i nie zareagował na przywołanie - trochę się wtedy wystraszyłam, ale znalazł się szybko, natknęłyśmy się na niego gdy węszył sobie w krzaczkach przy drodze, zaraz za wychodzącą z lasu ścieżką.

Nasze fajne spacerki zaczęły po jakimś czasie stawać pod znakiem zapytania, kiedy to coraz częściej natykaliśmy się na ludzi. Zaczynał się bowiem sezon grzybowy i w lesie powolutku zaczęło roić się od grzybiarzy. Na początku były to pojedyncze przypadki - a to ścieżką przejechał sobie pan na rowerze, na którego pies nie zwrócił nawet uwagi, a to sąsiedzi wracali do domu, kiedy my wchodziliśmy dopiero na ścieżkę, a to starsze panie szukały grzybów niedaleko ścieżki, raz nawet pewna pani z dwójką dzieci zawędrowała prawie pod naszą ulubioną łączkę (zawału mało nie dostałam, bo Oskar bardzo nie lubi dzieci) - za każdym razem przywoływałam wtedy szybciutko psa i od razu zapinałam na smycz. Można się było spodziewać, że od tej pory amatorów grzybobrania będzie na naszej drodze coraz więcej, zatem puszczanie psa luzem stawało się coraz bardziej ryzykowne, bo nie wiadomo było czy zza zakrętu nagle nie wyłoni się jakiś człowiek i jak zareaguje wtedy pies oraz ów człowiek. Z wielkim żalem trzeba było więc zawiesić spacery bez smyczy, oprócz tego zrezygnowaliśmy również z tego ulubionego terenu i chodziliśmy w nowe miejsca, w inne części lasu, ale już tylko na smyczy.
Niedługo potem skończył się remont, Oskar musiał jeszcze pomieszkać w kojcu aż do momentu uprzątnięcia podwórka i przeniesienia klatki z króliczkami do ogrodzonego ogródka, a później wreszcie odzyskał "swoje" podwórko, swój teren, na którym mógł się wyszaleć, kiedy tylko miał na to ochotę. Spacerki niestety stały się wówczas nieco mniej regularne i już zazwyczaj po jednym dziennie, ale najważniejsze, że były jakiekolwiek.
Spacerkowe migawki


Minione lato obfituje w wiele ciekawych wspomnień, niezapomnianych chwil związanych zarówno z nowymi zwierzątkami - własnoręcznie odchowanymi królikami, jak i ze "starym" dobrym przyjacielem - moim łaciatym łobuzem :)
Mam nadzieję, drodzy Czytelnicy, że Was nie zanudziłam tymi trochę przydługimi "historiami".
A w życiu Oskara niedawno nastąpiła jeszcze jedna wielka zmiana, ale o tym już niedługo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz