wtorek, 11 grudnia 2012

Wspomnienie wakacji - część królicza :)

Robi się coraz mroźniej, za oknami już biało, a ja tymczasem wrócę na chwilę do cieplejszych dni tego powolutku mijającego już roku... i tym samym postaram się nieco nadrobić dłuższą nieobecność na blogu.


To było w drugiej połowie czerwca - rozpoczęło się lato, wraz z nim wakacyjne wyjazdy, wypady na grilla. No i już pierwszy taki weekend zupełnie niespodziewanie zaowocował nowymi czworonożnymi lokatorami w naszym domu. A zaczęło się zupełnie zwyczajnie - ja postanowiłam zostać w domu, podczas gdy reszta rodzinki wyjechała na weekendowe grillowanie w większym rodzinnym gronie. Nic nadzwyczajnego, nawet się nie spodziewałam, że coś niezwykłego może się zdarzyć tego lata... aż do niedzieli, kiedy to późnym popołudniem odbieram telefon od siostry i słyszę, że będziemy mieć małe króliczki... Pierwszą moją reakcją było ogromne zaskoczenie i niedowierzanie - "o czym ona do mnie mówi? że króliki? ale jak, skąd, po co i dlaczego?". Coś tam mówiła o co chodzi, ale ja miałam już mętlik w głowie i w sumie niewiele się dowiedziałam. Zastanawiałam się tylko co to za pomysł i gdzie i po co my będziemy trzymać króliki... I szczerze powiedziawszy byłam bardzo sceptycznie do tego wszystkiego nastawiona. Do czasu... Nie minęła godzina, a rodzinka wróciła, przywożąc ze sobą pudełko wielkości może 25x15 cm, w którym spało sobie w sianku siedem wtulonych w siebie maleńkich króliczków - jeszcze ślepych i głuchych - 5 czarnych, szary i brązowy. Jak się okazało, królicza mama po tygodniu od wykotu przestała je karmić, sama było ledwo żywa, bo też nic nie jadła (i niestety padła zaraz po tym jak jej dzieci wyjechały już do nas) i małym groziła śmierć głodowa, gdyby nikt nimi się nie zajął. Aż łza się w oku zakręciła na widok tych bezbronnych, bezradnych istotek - można powiedzieć, że zakochałam się w nich od pierwszego wejrzenia - i od razu przepadły gdzieś wszelkie wcześniejsze wątpliwości. Pozostał tylko strach na myśl o tym, że mogłoby się nie udać...



No i zaczęło się - poszukiwanie wszelkich informacji na temat wykarmiania króliczych sierotek - na różnych internetowych portalach poświęconych królikom, przydała się też książka o królikach miniaturkach, którą kupiłam jeszcze jako nastolatka, kiedy zamarzył mi się taki króliczek w domu (którego jednak nigdy się nie doczekałam). Pierwsza próba dokarmienia odbyła się już niedzielnego wieczora - z braku innej możliwości siostra próbowała podać maleństwom trochę podgrzanego krowiego mleka z małej strzykawki, jednak nie bardzo to wyszło, bo nie umiały jeszcze jeść z takiego "narzędzia", no ale choć po parę kropelek mleka wypiły. Zostały ulokowane w nieco większym kartonie, z większą ilością sianka, aby nie zmarzły, a ja kładłam się spać z wielką nadzieją, że następnego ranka wszystkie zobaczymy żywe...


Mini galeria - drugi tydzień życia :)
W poniedziałkowy poranek była chwila niepewności przed zajrzeniem do pudła - i wielka ulga, kiedy okazało się, że wszystkie maluchy dzielnie się trzymają, choć ta jedna noc jeszcze niczego nie przesądzała, bo nie wiadomo było jak będzie dalej z karmieniem. Zaraz po śniadaniu pobiegłyśmy do sklepu po mleko dla niemowląt i do apteki, gdzie kupiłyśmy zakraplacz, z którego byłoby łatwiej karmić. Maluszki zostały zważone - najmniejszy i bardzo już wychudzony szary ważył zaledwie niecałe 90 g, a największy z czarnych prawie 130 g. Później zaczęło się karmienie, które szło bardzo powoli, bo oczywiście króliczki nie były jeszcze przekonane do ssania mleka ze szklanej pipetki, tak zupełnie inaczej niż od króliczej mamy. Oprócz tego, każde maleństwo po nakarmieniu miało wymasowany brzuszek, aby jelita zostały pobudzone do pracy. Całość zajęła prawie 2 godziny, no i to samo było jeszcze po południu i wieczorem. Jeszcze tego samego dnia jednemu z czarnych króliczków powolutku zaczęły otwierać się oczka. Od następnego dnia codziennie odbywało się poranne i wieczorne karmienie. Te pierwsze dni były bardzo trudne, bo maluchy jeszcze za mało jadły, niektóre wręcz "marudziły" przy jedzeniu, prawie wcale nie przybierały na wadze, więc pojawiały się też chwile zwątpienia. Jednak z dnia na dzień pomalutku przyzwyczajały się do sztucznego dokarmiania, coraz chętniej ssały mleko z pipetki, a w międzyczasie udało się zakupić maleńką buteleczkę ze smoczkiem do dokarmiania zwierząt, więc karmienie szło nieco sprawniej (niektóre z maluchów polubiły ssanie z buteleczki, a inne zostały przy pipetce), zaczęły też pomalutku przybierać na wadze, a ja coraz bardziej zaczynałam wierzyć w to, że uda się je wszystkie odchować. W ciągu tygodnia od przyjazdu (a więc był to ich drugi tydzień życia) wszystkie pootwierały oczy i były coraz bardziej ruchliwe, szybko uczyły się coraz pewniej chodzić i skakać. Zaczęło się też nadawanie im "ksywek" :) - szary został nazwany Farcikiem (ze względu na szczęście jakim było jego przeżycie mimo marnych szans), brązowy Rexem (od łac. rex - król), a wśród czarnych pojawiły się: Pirat (w czasie otwierania oczu - jednego dnia miał jedno otwarte, a drugie jeszcze zamknięte; z czasem jednak został "przechrzczony" na Kuleczkę, bo był taki malutki i wyglądał jak taka mała słodka kuleczka), Krzyś, Grześ (wędrowniczek), Żarłok i Niejadek.

Mini galeria: trzeci - piąty tydzień
Z czasem króliczki coraz więcej jadły, podskubywały sianko, a w trzecim tygodniu zaczynały pomału skubać też granulat. No i w końcu waga coraz szybciej szła w górę, a po ukończeniu miesiąca dosłownie rosły w oczach. Odstawiłyśmy je od mleka - tak jak ma to miejsce w naturze - w szóstym tygodniu; jadły już wtedy sporo granulatu i siana, pomału zaczęły też dostawać zieleninę. Kartony trzeba było zmieniać na coraz większe, bo oprócz tego, że rosły coraz większe, hasały na całego i ponauczały się wyskakiwać i wspinać się gdzie się dało. Mieszkały już wówczas nie we właściwej części domu (gdzie pobyły tylko kilka pierwszych dni), tylko na samym parterze, w takiej "letniej" kuchni, gdzie mogły sobie trochę swobodnie pohasać pod nadzorem, choć i parę razy bez nadzoru im się udało, kiedy w nocy któremuś udawało się wyskoczyć z kartonu (mimo tego, że był "zadaszony") i tym samym utorować drogę pozostałym - wspomnienia z tych chwil zdumienia - bezcenne ;). W końcu pora była przyzwyczajać je do nowego mieszkanka - stojącej już na podwórku klatki. Z początku przebywały tam tylko w ciągu dnia, a na noc wracały do domu. Kiedy skończyły siedem tygodni, zostały zaszczepione od groźnych króliczych chorób - myksomatozy i pomoru królików. Mieszkały już później na stałe w klatce, raz na jakiś czas tylko brałyśmy je na parę chwil do domu, aby je zważyć. Gdy miały dwa miesiące, ważyły już w granicach 1 kg - największy był jak zwykle Krzyś - 1,2 kg, a najmniejsza Kuleczka - zaledwie jeszcze 680 g.

Na początku września w końcu poznałyśmy płeć króliczków - okazało się, że są to 3 samiczki i 4 samce. I tak Krzyś okazał się Krzysią, a Rex - Reksią (dwa największe króliki z miotu okazały się samiczkami!), a trzecią dziewczynką była malusia Kulcia, zaś pozostałe - samce to Farcik, Grześ, Żarłok i Niejadek. Zbliżał się też czas rozdzielania rodzeństwa i rozstań. Zostać u nas mogły niestety tylko 2 króliki :( na pozostałe chętnych za bardzo nie było, więc z wielkim bólem 4 czarnuszki musiałyśmy wysłać tam, skąd pochodziły, gdzie ich życie długie nie będzie (bo są to przecież standardowe króliki hodowane na mięso (!), co mi bardzo trudno przez myśl przechodzi, no ale niestety nie udało się wszystkich przed tym losem uchronić :'( ), ale mimo wszystko na pewno będą żyły w dobrych warunkach i jest możliwość odwiedzenia ich od czasu do czasu, póki są. I tak 11. września wyjechały od nas Kuleczka, Grześ, Żarłoczek i Niejadek. Zaś tydzień później oddałyśmy do "adopcji" Farcika, który też został w rodzinie, ale w odróżnieniu od poprzedniej czwórki - na "dożywocie", poza tym jest całkiem blisko, więc możemy go dość często odwiedzać. A u nas na "dożywocie" zostały dwie dziewczynki - Reksia i Krzysia.

Ostatnia wspólna sesja zdjęciowa - królisie w wieku prawie 3 miesięcy


Jak widać, tegoroczne lato było dość wyjątkowe i na pewno niezapomniane, pełne niesamowitych przeżyć. Jak dla mnie, odchowanie całego króliczego miotu, bez żadnej straty, było naprawdę wielkim sukcesem - wspólnie z siostrą ten sukces odniosłyśmy.
Na obecną chwilę nasze królisie mają już prawie pół roku, nasze dziewczynki żyją razem dość zgodnie (choć charakterna Krzyśka najwyraźniej dominuje nad spokojniejszą Reksią), Farcik pięknie mężnieje i ogólnie jest bardzo ładnym samcem, a wśród pozostałej czwórki zostały 3 samczyki i hasają sobie na wspólnym wybiegu razem z towarzyszem z innego miotu. Kuleczka niestety jakieś 2 miesiące temu się rozchorowała (dopadła ją śmiertelna dla niej biegunka) i odeszła za Tęczowy Most :(

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz