czwartek, 13 grudnia 2012

Co ja zrobiłam swojemu psu... czyli o kastracji

Jak już wspomniałam we wczorajszej notatce, w życiu mojego psa niedawno nastąpiła wielka zmiana. Dokładnie miesiąc temu - 13. listopada 2012 r. - Oskar został wykastrowany. 


Dlaczego na to się zdecydowałam?

Nad kastracją myślałam już od bardzo dawna, ale jakoś do tej pory nie miałam odwagi podjąć tej decyzji. A zastanawiałam się nad tym krokiem głównie dlatego, że chciałam aby Oskarowi zmniejszył się popęd płciowy, bo przy spotkaniach z pobratymcami (i to obojętnie jakiej płci) nie umiał on normalnie z nimi się bawić, tylko myślał o jednym... A wiadomo - raczej żaden pies nie będzie tolerował takiego zachowania, kiedy drugi po nim zaczyna skakać, jeszcze pół biedy jak po prostu wtedy sobie pójdzie, ale niektóre potrafią się odgryźć. Dlatego w obecności innych psów musiałam zawsze mieć go na smyczy, aby mieć nad nim kontrolę i nie dopuszczać do takich sytuacji. Problem w tym, że wiele psów biega sobie po osiedlu luzem, a niektóre z nich często same podchodzą, gdy mają przyjazne zamiary i ochotę na zabawę. Męczące było to oganianie się od nich i ciągnięcie psa aby szedł dalej aż przestanie zwracać uwagę na "kumpla".

Szczerze powiedziawszy to już byłam prawie przekonana, że na kastrację Oskara mimo wszystko nigdy się nie zdecyduję i będziemy sobie radzić po prostu omijając na spacerach inne psy szerokim łukiem, o ile się da. Jednak w tym roku nastąpił pewien przełom, pomyślałam sobie, że gdyby być może w przyszłości miał się pojawić w naszym życiu jeszcze jeden pies, to Oskar musi umieć ustanowić z nim normalne relacje (bo jedyną "nienormalnością" było właśnie to nachalne obskakiwanie, poza tym wobec pobratymców był przyjazny i nie okazywał agresji, chyba że któryś pierwszy zaatakował), poza tym przeraził mnie też jeden incydent - któregoś razu wyszedł sobie niezauważenie przez otwartą bramę i odbiegł trochę dalej, a kiedy poszłam po niego, on już szczęśliwy "dopadł" do innego psa i natrętnie próbował po nim skakać, nie bacząc nawet na wysyłane przez tamtego grożące sygnały; na szczęście ten drugi pies okazał się być wyjątkowo cierpliwy i na grożeniu tylko się skończyło, po dłuższej chwili udało mi się swojego odwołać i wrócić na podwórko. Ale strach pomyśleć jak by to mogło się skończyć, gdyby trafił na mniej cierpliwego, dużo silniejszego czy agresywnego psa... To ostanie zdarzenie przesądziło o sprawie, można by powiedzieć, że Oskar sam na siebie "podpisał wyrok". Stwierdziłam w końcu, że teraz albo nigdy, że to już ostatni dzwonek na podjęcie decyzji również ze względu na wiek psa, gdyż już nie młodnieje, ma przecież prawie 9 lat.


Przygotowania do zabiegu

Skoro już byłam na 99% przekonana, że podejmę pozytywną decyzję w sprawie kastracji, zostało jeszcze pomyśleć kiedy i porozmawiać na ten temat z naszym weterynarzem. Ponieważ zbliżał się termin szczepienia od wścieklizny, postanowiłam przy tej okazji zapytać o kastrację - tak więc 31. października poszliśmy na szczepienie i po nim zaczęłam rozmowę o kastracji, wypytałam o podstawowe kwestie związane z zabiegiem, przede wszystkim o najbardziej nurtującą mnie kwestię narkozy - czy w jego wieku nie będzie zbyt dużym ryzykiem, ale weterynarz mnie uspokoił mówiąc, że ryzyko jest niewielkie, bo im mniejszy pies, tym wolniej się starzeje, więc w jego przypadku 8,5 roku to jeszcze wcale nie jest tak dużo, żeby mogło coś się stać, tym bardziej, że u samca zabieg nie jest tak interwencyjny jak w przypadku suczki i trwa krócej. Powiedziałam więc, że na pewno jeszcze się nad tym zastanowię, ale właściwie to po tym krótkim wywiadzie już byłam dużo spokojniejsza o to, że wszystko powinno być dobrze, tym bardziej, że weterynarz tak spokojnie, pewnie i przekonująco o tym mówił - tak więc właściwie byłam już zdecydowana, zostało tylko pomyśleć nad terminem.

Mimo zdecydowania, trochę oporów jednak miałam, ale ostatecznie niecałe 2 tygodnie później, w piątek 9. listopada poszłam do lecznicy, aby umówić się na następny tydzień. Miałam jeszcze kilka bardziej szczegółowych pytań, bo musiałam wszystko dokładnie wiedzieć co i jak, no i umówiliśmy się na wtorek 13. listopada na godzinę 15:00. Uff, jednak się odważyłam na podjęcie tej decyzji i odwrotu już nie było - już było wiadomo, że Oskar straci swoje "klejnoty".

Mimo wszystko dręczyły mnie trochę wyrzuty sumienia, cały weekend chodziłam zestresowana i nie mogłam na niczym się skupić, bo znów zaczęłam się obawiać czy aby na pewno psu nic się nie stanie i szkoda mi go jednak było na to wszystko narażać - zastanawiałam się czy na pewno dobrze robię. W dodatku, mimo że obiecałam sobie (aby się jeszcze bardziej nie denerwować), że nie będę wyszukiwać w internecie tematów poświęconych kastracji, bo już o tym kiedyś czytając wiedziałam, że oprócz wielu pozytywnych, jest też i sporo negatywnych tekstów, ale nie wytrzymałam i znów się naczytałam o wszystkich za i przeciw i o problemach, jakie niektórzy mieli w opiece pooperacyjnej... Ech, te dni oczekiwania to były trudne chwile.

W międzyczasie szykowałam wszystko co trzeba - kupiłam nieprzemakalne maty, w razie gdyby zdarzały się jakieś "wpadki" w domu, kong i smakołyki, aby mieć czym psa zająć i odciągnąć jego uwagę od rany, znalazłam jakieś stare szmatki, z których w razie czego można by było zrobić jakieś prowizoryczne "majteczki" gdyby pies natrętnie się do rany dobierał; dzień przed zabiegiem wysprzątałam dokładnie naszą "letnią" kuchnię na parterze, gdzie pies miał przebywać przez te kilka dni po. A pod względem emocji - to ten poniedziałek był najgorszy - stres był tak wielki, że nie do opisania.


Kastracja

W końcu nadszedł ten wielki dzień. Rano porobiłam już ostatnie przygotowania, sama też na czas pooperacyjnej opieki miałam przenieść się do tego samego pomieszczenia, w którym miał przebywać pies, więc poznosiłam tam parę swoich rzeczy i śpiwór, psu przygotowałam posłanie. Jako, że na jakiś czas trzeba było przestawić go na lekkostrawną dietę, a więc zrezygnować chwilowo z BARFu, ugotowałam mu już jedzenie na następny dzień - filet z kurczaka z ryżem i marchewką. Oskar, zgodnie z zaleceniem weterynarza, od poniedziałkowego popołudnia był już na 24-godzinnej głodówce, mógł pić tylko wodę, którą zabrałam na niecałe 3 godziny przed zabiegiem. I od tego też momentu zostawiłam go samego, żeby mógł się wyciszyć, zanim pójdziemy, a on cały ten czas spokojnie sobie przespał.

O godzinie 14:30 zaczęłam już szykować się do wyjścia, spakowałam do torby wszystko co trzeba, wzięłam nawet ze sobą coś do poczytania na czas zabiegu, choć szczerze wątpiłam czy będę mogła się na czytaniu skupić. Wyszliśmy około 14:45, a niczego nieświadomy Oskar był bardzo szczęśliwy, że idziemy na spacerek.

Chwilę przed 15:00 dotarliśmy do lecznicy. Byli obydwaj weterynarze - starszy i młodszy. Młodszy kończył akurat przyjmowanie wcześniejszego psiego pacjenta, a nami w tym czasie zajął się starszy. Założyłam psu kaganiec, zdjęłam mu szelki i włożyłam obrożę, następnie trzeba było go zważyć - waga wyświetliła 14,7 kg (czyli wcześniejsza zmiana jadłospisu podziałała - Oskarowi udało się przytyć, choć nie wiedziałam, że aż tyle, bo przytył ok. 3 kg od wiosny). Później dostał zastrzyk z lekiem uspokajającym, po którym miał zrobić się śpiący. Trzeba mu było wtedy zdjąć kaganiec i musieliśmy parę minut pochodzić po placu przed lecznicą, aby lekarstwo się szybciej wchłonęło, a kiedy zwymiotował (co było oznaką, że się przyjęło), wróciliśmy do środka, gdzie po chwili pies, bardzo już śpiący, położył się na podłodze. Jeszcze tylko z powrotem w kaganiec, następnie podpisanie zgody na zabieg i można było go już przenieść na stół, w czym weterynarz chciał mi pomóc, ale wtedy nagle pies jak się nie zerwie z wielką pretensją, gotów "zjeść" weterynarza, gdyby nie ten kaganiec! Mimo leków uspokajających, był na tyle jeszcze świadomy, że nie pozwolił, aby ktoś obcy go dotykał, musiałam więc sama go ulokować na stole i przytrzymać, gdy dostawał dożylnie narkozę, bo jeszcze cały czas warczał ostatkiem sił, bardzo niezadowolony z tego, że zajmują się nim obcy faceci. Narkoza szybko zaczęła działać, ja w tym momencie już zostałam wyproszona z zabiegowego i czekałam niecierpliwie w poczekalni. Kiedy rozpoczęła się ta właściwa kastracja, była godzina 15:30. A ja w tym czasie siedziałam na krześle i nie mogłam niczym zająć myśli, chciałam tylko, aby to jak najszybciej się skończyło i żeby wszystko poszło dobrze. Okazało się, że nie musiałam długo czekać - o 15:45 weterynarz wyszedł z zabiegowego oznajmiając, że już skończyli, a ja mogłam iść do psa, aby z nim posiedzieć. Kiedy weszłam, Oskar już się budził z narkozy, leżał sobie biedaczek na boku i już zaczynał machać ogonem, a od czasu do czasu miał jeszcze takie niekontrolowane odruchy łapek. Z minuty na minutę, kiedy tak przy nim siedziałam i głaskałam, coraz mocniej merdał ogonem, stukając w ten metalowy stół. Około 16:15 przyjechał po nas tata i mogliśmy się zbierać do domu, okryłam psa kocykiem i zaniosłam do samochodu. W domu położyłam go na przygotowanym posłaniu, był jeszcze dość ospały, ale już wstał i próbował trochę chodzić, a w końcu położył się sobie na podłodze.

Godzina po zabiegu

Opieka pooperacyjna

Trochę obawiałam się jak to będzie, jak będą wyglądały te dni, kiedy pies będzie musiał pomieszkać trochę w domu, do czego nie był przecież przyzwyczajony. Spodziewałam się, że mogą zdarzyć się jakieś niespodzianki i że jak już lepiej się poczuje, to będzie za bardzo rozrabiał oraz że trzeba będzie non stop go pilnować. Nie spodziewałam się natomiast jednego - że nic z tych rzeczy nie będzie miało miejsca :) czym byłam naprawdę mega pozytywnie zaskoczona. Oskar w domu zachowywał się bardzo grzecznie, nic nie zniszczył, ani razu nie nabrudził (mimo, że nigdy nie był uczony zachowywania czystości, bo nie mieszkał w domu), można było też spokojnie zostawiać go samego na jakiś czas, a on wtedy grzecznie spał.

Ten wieczór po zabiegu prawie cały przespał, najpierw pospał sobie na podłodze, później jednak przeniósł się na posłanie i spał tak aż do 19:35, kiedy nagle wstał już całkiem przytomny i podszedł do nas patrząc w oczy, jakby czegoś chciał - od razu przyszło mi na myśl, że może chce wyjść na podwórko, więc zapięłam mu smycz i wyszliśmy powolutku, okazało się, że trafnie rozpoznałam jego potrzebę - po prostu poprosił wtedy o wyjście na siusiu. Po kilku minutach wróciliśmy i mógł dalej sobie spać. Tego dnia nic jeszcze nie jadł, pił tylko wodę, ale nieco za dużo, bo dwa razy zwymiotował samą wodą. Kiedy wróciliśmy po ostatnim wieczornym wyjściu i ja już kładłam się spać, jemu spać już wcale się nie chciało, no i prawie całą noc chodził, od czasu do czasu trącił mnie nosem w rękę, żeby go pogłaskać, zaczął też lizać szwy, co trochę mnie niepokoiło, ale zgodnie z zaleceniem weterynarza nie nosił żadnego kubraczka ani kołnierza, miał tylko to miejsce pooperacyjne spryskane takim srebrnym sprejem. Tak więc miałam nieprzespaną noc, to i wstałam bardzo wcześnie i już o 5:30 Oskar dostał pierwszą małą porcję jedzenia. Od tej pory codziennie jadł 2 razy dziennie gotowane mięsko z kurczaka z ryżem i warzywkami (a do BARFu wróciliśmy po 2 tygodniach).

Jeśli chodzi o ranę pooperacyjną, to przez tydzień była jeszcze dość spora opuchlizna, która z czasem zaczęła pomału się zmniejszać. Szwy były dwa (miał założone rozpuszczalne szwy), z których jeden zniknął całkowicie już piątego dnia, bo go sobie po prostu systematycznie wylizał i nieznacznie to miejsce się rozeszło, ale już było na tyle zagojone, że to nic takiego, drugi szew jakoś przetrwał. Najgorsze było to momentami bardzo uporczywe lizanie, starałam się na tyle, na ile mogłam odwracać jego uwagę od rany, ale co poradzić, jak go tam na pewno swędziało, gdy się goiło. Zlizał sobie przez to wszystko skórę na tej ranie i goiło się troszkę dłużej niż gdyby tego nie ruszał, ale w końcu i szwy się wygoiły i skóra się zregenerowała i zaczęła odrastać wygolona przed zabiegiem sierść i wszystko było w porządku. Na zdjęcie szwów nie chodziliśmy, bo weterynarz powiedział, że nie trzeba, chociaż po tym szwie, który przetrwał, został mu na zewnątrz supełek aż do dzisiaj.

3 dni po kastracji
Jeśli chodzi o zachowanie Oskara, to jak już wspomniałam w domu zachowywał się grzecznie, większość czasu sobie przesypiał. Przez pierwsze dni był bardzo spokojny, z czasem coraz bardziej rozbrykany i skory do zabawy, momentami aż trzeba było go trochę przystopować, aby za bardzo nie szalał. Najbardziej żywiołowy zrobił się w sobotę - 4 dni po zabiegu, a w poniedziałek było po nim widać, że już jest coraz bardziej znudzony siedzeniem w domu i za każdym razem z wielką chęcią wybiegał na podwórko. Od środy więc już w dzień przebywał na podwórku, a do domu brałam go tylko na noc, zaś od piątku już normalnie wyprowadził się na podwórko.


Podsumowanie
 
Chociaż miałam sporo wątpliwości i obaw, to na dzień dzisiejszy decyzji o kastracji psa nie żałuję. Nawet mimo tego, iż po wszystkim i tak miałam trochę wyrzutów sumienia, bo to jednak takie nienaturalne, żeby coś wycinać zdrowemu psu. Te wyrzuty jednak już prawie zanikły, bo bardzo liczę na to, że jak już hormony się uciszą, to u Oskara zniknie całkowicie ten popęd do innych psów i będzie mógł z nimi normalnie koegzystować. A nawet jeśli by się niewiele zmieniło, to przynajmniej i nie zaszkodziło, bo to cały czas ten sam - zdrowy, wesoły, żywiołowy, zwariowany pies, tyle że trochę niekompletny ;)

5 dni po kastracji - zabawy z piłeczką :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz