poniedziałek, 31 grudnia 2012

BARF - po roku

Parę dni temu, dokładnie 20. grudnia, minął rok od przestawienia Oskara na dietę BARF. Po tym roku wiem już na pewno, że nie chcę już zmieniać mu sposobu żywienia, bo ten jest moim zdaniem rewelacyjny (pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że jest idealny). To co podoba mi się w BARFie najbardziej, to to, że taka dieta dla psa jest najbardziej naturalna.


Jak minął nasz rok z BARFem?

Zaczęło się, jak już rok temu wspominałam, od w miarę jak najdokładniejszego zapoznania się z BARFem od strony teoretycznej. Po zgłębieniu wszystkich "tajników" owej diety nadszedł czas na zastosowanie jej w praktyce. Ułożyłam jadłospis i zaczęliśmy od delikatniejszych drobiowych elementów oraz żołądków wołowych, stopniowo wprowadzając coraz to nowsze smaki, jak również elementy większego "kalibru" niż kurczak - indyka, kaczkę, wieprzowinę, wołowinę. Wystartowaliśmy od porcji z górnej granicy (nawet lekko ją przekraczając) - ponad 3% mc psa, ze względu na dużą aktywność i stałe przebywanie psa na zewnątrz. Po kilku miesiącach Oskar schudł, co wyraźnie uwidoczniło się wiosną, w okresie intensywnego linienia, a potwierdziło się zważeniem go u weterynarza (według moich obliczeń zanotowaliśmy spadek wagi o prawie 2 kg). Ponieważ zrobił się zbyt szczupły, zmodyfikowałam mu jadłospis zwiększając codzienne porcje oraz zwiększając udział mięsno-kostnych elementów, a zmniejszając udział warzyw i owoców. Modyfikacja przyniosła zamierzony efekt - przez kolejne kilka miesięcy Oskar przytył aż 3 kg. Ze względu na to, że tym sposobem dobił do wagi, której raczej nie powinien już przekroczyć (bo mogłoby się skończyć nadwagą) oraz na niedawną kastrację (możliwość pojawienia się tendencji do tycia), znów trzeba było jadłospis zmodyfikować - wróciliśmy do wyjściowej wielkości porcji sprzed roku, pozostawiając jednak zmianę udziału elementów mięsno-kostnych kosztem roślinnych. Na obecną chwilę wydaje mi się, że Oskar trzyma formę i nie tyje, no ale okaże się przy najbliższym ważeniu, muszę mu teraz kontrolować wagę, bo po kastracji apetyt mu jeszcze bardziej wzrósł (mimo, że od zawsze był wysoki ;)).

Przez cały ten rok mój pies nauczył się w końcu normalnie jeść - mam na myśli to, że nauczył się nie łykać ile się da, tylko normalnie, spokojnie i dokładnie gryźć. Początki były jeszcze dość pośpieszne, co skutkowało częstymi "zwrotkami" połkniętych za dużych kawałków, ale nie ingerowałam - po wypadku z palcem, na którym do dzisiaj została mi blizna, już nie miałam ochoty pomagać mu w nauce spokojnego jedzenia trzymając je w ręce - musiał radzić sobie sam z nim się rozprawiać, a ja tylko obserwowałam. No i z czasem się nauczył, że lepiej jest najpierw dokładnie jedzenie pogryźć i połykać mniejsze kawałki niż na odwrót ;)

A co jadł? Najczęściej w psim menu goszczą korpusy i skrzydełka z kurczaka, indycze szyje, wieprzowe mostki i kości schabowe. Nieco rzadziej pojawiają się kurze udka, indycze skrzydła, kaczka, żeberka wieprzowe, a także "gotowce" z Primexu. W papkach podrobowych najczęściej mamy indycze lub kurze serduszka, żołądki, wątróbki oraz serca i nerki, a czasem też płucka wołowe. A w warzywno-owocowych podstawą jest najczęściej marchewka i jabłko, a do tego różne inne warzywa i owoce (np. pietruszka, seler, kalarepka, burak, gruszka, banan). Do tego raz w tygodniu twaróg czy jogurt zmieszany z jajkiem, kilka razy jakiś olej do mięsno-kostnych posiłków. 
Jeśli chodzi o Oskara, to wszystko co mu podaję zjada z apetytem, nie kręci nosem na żaden rodzaj mięsa, na nic nie ma też uczuleń. A wybrzydzanie przeszliśmy latem, ale dotyczyło ono roślinnej części BARFu, tak jak wspominałam kilka miesięcy temu, przestał lubić warzywa i owoce i już - bardzo to było dla mnie dziwne, ale skoro nie chciał, to nie dawałam, widocznie jego organizm sam najlepiej wiedział czego w tym momencie potrzebuje, a czego nie; w każdym razie na obecną chwilę już znowu je lubi :)

Przez ten rok w BARFie mieliśmy tylko jedną krótką przerwę - ze względu na kastrację musiałam na 2 tygodnie przestawić psa na lekkostrawną gotowaną dietę na czas gojenia rany pooperacyjnej. I szczerze powiedziawszy nie mogłam się wtedy doczekać, kiedy wrócimy do surowizny, bo gotowanie ciągle tego samego dość szybko mi się znudziło. 

Tak mniej więcej to wyglądało. Dodam jeszcze, że dieta rewelacyjnie wpłynęła na pozbycie się kamienia nazębnego z psich zębów, który znacznie się zredukował, tak na oko jest go o jakieś 90% mniej niż było przed rokiem. Nie wyobrażam już sobie powrotu do jakiegokolwiek innego sposobu żywienia psa. I wiem też, że w przyszłości, jeśli pojawią się kolejne psiaki, to na ile to będzie możliwe też będziemy "barfować".


Zalety i wady stosowania diety BARF

Do zalet można z pewnością zaliczyć:
- naturalność diety - pies jest anatomicznie przystosowany do takiego rodzaju pokarmu
- redukcja kamienia nazębnego i zapobieganie jego powstawaniu, bo pies używa w końcu zębów i uczy się też prawidłowo rozgryzać posiłki
- posiłek zajmuje psa na dłużej i stymuluje do używania większych partii mięśni podczas jedzenia
- przyswajalność, co widać po tym co pies wydala (zwarte, niewielkie odchody)
- zachowanie prawidłowego naturalnego dla psiego żołądka poziomu pH (pozwalające na trawienie kości pH 1)
- dobry wpływ na ogólną kondycję i samopoczucie psa, jak również na ładną sierść
- wiadomo, co się psu do jedzenia podaje
- łatwość w odchudzeniu bądź podtuczeniu psa
- ponadto w przypadku niektórych chorób dieta pomaga psom zachować lepszą sprawność

Wad jest zdecydowanie mniej, z tego co mi przychodzi do głowy to może być:
- pracochłonność kiedy zrobi się większe zakupy i trzeba podzielić wszystko na odpowiednie porcje do zamrożenia
- w domu to pewnie konieczność mycia podłogi po niemal każdym posiłku, bo pies takie mięsno-kostne elementy lubi wynosić z miski (my tego problemu akurat nie mamy, bo je, tak jak i mieszka - na podwórku)
- jakość sklepowych kurczaków, które w dzisiejszych czasach mocno są faszerowane antybiotykami czy hormonami, przez co niektóre psy mogą się na takiego kurczaka uczulić
- w przypadku zbyt dużej ilości kości mogą pojawić się problemy z wypróżnianiem, ale wtedy wystarczy zmniejszyć ilość kości w diecie (podawać bardziej mięsne elementy) i częściej "naoliwiać" psa (podawać mu do posiłków różne oleje albo też siemię lniane)

czwartek, 13 grudnia 2012

Co ja zrobiłam swojemu psu... czyli o kastracji

Jak już wspomniałam we wczorajszej notatce, w życiu mojego psa niedawno nastąpiła wielka zmiana. Dokładnie miesiąc temu - 13. listopada 2012 r. - Oskar został wykastrowany. 


Dlaczego na to się zdecydowałam?

Nad kastracją myślałam już od bardzo dawna, ale jakoś do tej pory nie miałam odwagi podjąć tej decyzji. A zastanawiałam się nad tym krokiem głównie dlatego, że chciałam aby Oskarowi zmniejszył się popęd płciowy, bo przy spotkaniach z pobratymcami (i to obojętnie jakiej płci) nie umiał on normalnie z nimi się bawić, tylko myślał o jednym... A wiadomo - raczej żaden pies nie będzie tolerował takiego zachowania, kiedy drugi po nim zaczyna skakać, jeszcze pół biedy jak po prostu wtedy sobie pójdzie, ale niektóre potrafią się odgryźć. Dlatego w obecności innych psów musiałam zawsze mieć go na smyczy, aby mieć nad nim kontrolę i nie dopuszczać do takich sytuacji. Problem w tym, że wiele psów biega sobie po osiedlu luzem, a niektóre z nich często same podchodzą, gdy mają przyjazne zamiary i ochotę na zabawę. Męczące było to oganianie się od nich i ciągnięcie psa aby szedł dalej aż przestanie zwracać uwagę na "kumpla".

Szczerze powiedziawszy to już byłam prawie przekonana, że na kastrację Oskara mimo wszystko nigdy się nie zdecyduję i będziemy sobie radzić po prostu omijając na spacerach inne psy szerokim łukiem, o ile się da. Jednak w tym roku nastąpił pewien przełom, pomyślałam sobie, że gdyby być może w przyszłości miał się pojawić w naszym życiu jeszcze jeden pies, to Oskar musi umieć ustanowić z nim normalne relacje (bo jedyną "nienormalnością" było właśnie to nachalne obskakiwanie, poza tym wobec pobratymców był przyjazny i nie okazywał agresji, chyba że któryś pierwszy zaatakował), poza tym przeraził mnie też jeden incydent - któregoś razu wyszedł sobie niezauważenie przez otwartą bramę i odbiegł trochę dalej, a kiedy poszłam po niego, on już szczęśliwy "dopadł" do innego psa i natrętnie próbował po nim skakać, nie bacząc nawet na wysyłane przez tamtego grożące sygnały; na szczęście ten drugi pies okazał się być wyjątkowo cierpliwy i na grożeniu tylko się skończyło, po dłuższej chwili udało mi się swojego odwołać i wrócić na podwórko. Ale strach pomyśleć jak by to mogło się skończyć, gdyby trafił na mniej cierpliwego, dużo silniejszego czy agresywnego psa... To ostanie zdarzenie przesądziło o sprawie, można by powiedzieć, że Oskar sam na siebie "podpisał wyrok". Stwierdziłam w końcu, że teraz albo nigdy, że to już ostatni dzwonek na podjęcie decyzji również ze względu na wiek psa, gdyż już nie młodnieje, ma przecież prawie 9 lat.


Przygotowania do zabiegu

Skoro już byłam na 99% przekonana, że podejmę pozytywną decyzję w sprawie kastracji, zostało jeszcze pomyśleć kiedy i porozmawiać na ten temat z naszym weterynarzem. Ponieważ zbliżał się termin szczepienia od wścieklizny, postanowiłam przy tej okazji zapytać o kastrację - tak więc 31. października poszliśmy na szczepienie i po nim zaczęłam rozmowę o kastracji, wypytałam o podstawowe kwestie związane z zabiegiem, przede wszystkim o najbardziej nurtującą mnie kwestię narkozy - czy w jego wieku nie będzie zbyt dużym ryzykiem, ale weterynarz mnie uspokoił mówiąc, że ryzyko jest niewielkie, bo im mniejszy pies, tym wolniej się starzeje, więc w jego przypadku 8,5 roku to jeszcze wcale nie jest tak dużo, żeby mogło coś się stać, tym bardziej, że u samca zabieg nie jest tak interwencyjny jak w przypadku suczki i trwa krócej. Powiedziałam więc, że na pewno jeszcze się nad tym zastanowię, ale właściwie to po tym krótkim wywiadzie już byłam dużo spokojniejsza o to, że wszystko powinno być dobrze, tym bardziej, że weterynarz tak spokojnie, pewnie i przekonująco o tym mówił - tak więc właściwie byłam już zdecydowana, zostało tylko pomyśleć nad terminem.

Mimo zdecydowania, trochę oporów jednak miałam, ale ostatecznie niecałe 2 tygodnie później, w piątek 9. listopada poszłam do lecznicy, aby umówić się na następny tydzień. Miałam jeszcze kilka bardziej szczegółowych pytań, bo musiałam wszystko dokładnie wiedzieć co i jak, no i umówiliśmy się na wtorek 13. listopada na godzinę 15:00. Uff, jednak się odważyłam na podjęcie tej decyzji i odwrotu już nie było - już było wiadomo, że Oskar straci swoje "klejnoty".

Mimo wszystko dręczyły mnie trochę wyrzuty sumienia, cały weekend chodziłam zestresowana i nie mogłam na niczym się skupić, bo znów zaczęłam się obawiać czy aby na pewno psu nic się nie stanie i szkoda mi go jednak było na to wszystko narażać - zastanawiałam się czy na pewno dobrze robię. W dodatku, mimo że obiecałam sobie (aby się jeszcze bardziej nie denerwować), że nie będę wyszukiwać w internecie tematów poświęconych kastracji, bo już o tym kiedyś czytając wiedziałam, że oprócz wielu pozytywnych, jest też i sporo negatywnych tekstów, ale nie wytrzymałam i znów się naczytałam o wszystkich za i przeciw i o problemach, jakie niektórzy mieli w opiece pooperacyjnej... Ech, te dni oczekiwania to były trudne chwile.

W międzyczasie szykowałam wszystko co trzeba - kupiłam nieprzemakalne maty, w razie gdyby zdarzały się jakieś "wpadki" w domu, kong i smakołyki, aby mieć czym psa zająć i odciągnąć jego uwagę od rany, znalazłam jakieś stare szmatki, z których w razie czego można by było zrobić jakieś prowizoryczne "majteczki" gdyby pies natrętnie się do rany dobierał; dzień przed zabiegiem wysprzątałam dokładnie naszą "letnią" kuchnię na parterze, gdzie pies miał przebywać przez te kilka dni po. A pod względem emocji - to ten poniedziałek był najgorszy - stres był tak wielki, że nie do opisania.


Kastracja

W końcu nadszedł ten wielki dzień. Rano porobiłam już ostatnie przygotowania, sama też na czas pooperacyjnej opieki miałam przenieść się do tego samego pomieszczenia, w którym miał przebywać pies, więc poznosiłam tam parę swoich rzeczy i śpiwór, psu przygotowałam posłanie. Jako, że na jakiś czas trzeba było przestawić go na lekkostrawną dietę, a więc zrezygnować chwilowo z BARFu, ugotowałam mu już jedzenie na następny dzień - filet z kurczaka z ryżem i marchewką. Oskar, zgodnie z zaleceniem weterynarza, od poniedziałkowego popołudnia był już na 24-godzinnej głodówce, mógł pić tylko wodę, którą zabrałam na niecałe 3 godziny przed zabiegiem. I od tego też momentu zostawiłam go samego, żeby mógł się wyciszyć, zanim pójdziemy, a on cały ten czas spokojnie sobie przespał.

O godzinie 14:30 zaczęłam już szykować się do wyjścia, spakowałam do torby wszystko co trzeba, wzięłam nawet ze sobą coś do poczytania na czas zabiegu, choć szczerze wątpiłam czy będę mogła się na czytaniu skupić. Wyszliśmy około 14:45, a niczego nieświadomy Oskar był bardzo szczęśliwy, że idziemy na spacerek.

Chwilę przed 15:00 dotarliśmy do lecznicy. Byli obydwaj weterynarze - starszy i młodszy. Młodszy kończył akurat przyjmowanie wcześniejszego psiego pacjenta, a nami w tym czasie zajął się starszy. Założyłam psu kaganiec, zdjęłam mu szelki i włożyłam obrożę, następnie trzeba było go zważyć - waga wyświetliła 14,7 kg (czyli wcześniejsza zmiana jadłospisu podziałała - Oskarowi udało się przytyć, choć nie wiedziałam, że aż tyle, bo przytył ok. 3 kg od wiosny). Później dostał zastrzyk z lekiem uspokajającym, po którym miał zrobić się śpiący. Trzeba mu było wtedy zdjąć kaganiec i musieliśmy parę minut pochodzić po placu przed lecznicą, aby lekarstwo się szybciej wchłonęło, a kiedy zwymiotował (co było oznaką, że się przyjęło), wróciliśmy do środka, gdzie po chwili pies, bardzo już śpiący, położył się na podłodze. Jeszcze tylko z powrotem w kaganiec, następnie podpisanie zgody na zabieg i można było go już przenieść na stół, w czym weterynarz chciał mi pomóc, ale wtedy nagle pies jak się nie zerwie z wielką pretensją, gotów "zjeść" weterynarza, gdyby nie ten kaganiec! Mimo leków uspokajających, był na tyle jeszcze świadomy, że nie pozwolił, aby ktoś obcy go dotykał, musiałam więc sama go ulokować na stole i przytrzymać, gdy dostawał dożylnie narkozę, bo jeszcze cały czas warczał ostatkiem sił, bardzo niezadowolony z tego, że zajmują się nim obcy faceci. Narkoza szybko zaczęła działać, ja w tym momencie już zostałam wyproszona z zabiegowego i czekałam niecierpliwie w poczekalni. Kiedy rozpoczęła się ta właściwa kastracja, była godzina 15:30. A ja w tym czasie siedziałam na krześle i nie mogłam niczym zająć myśli, chciałam tylko, aby to jak najszybciej się skończyło i żeby wszystko poszło dobrze. Okazało się, że nie musiałam długo czekać - o 15:45 weterynarz wyszedł z zabiegowego oznajmiając, że już skończyli, a ja mogłam iść do psa, aby z nim posiedzieć. Kiedy weszłam, Oskar już się budził z narkozy, leżał sobie biedaczek na boku i już zaczynał machać ogonem, a od czasu do czasu miał jeszcze takie niekontrolowane odruchy łapek. Z minuty na minutę, kiedy tak przy nim siedziałam i głaskałam, coraz mocniej merdał ogonem, stukając w ten metalowy stół. Około 16:15 przyjechał po nas tata i mogliśmy się zbierać do domu, okryłam psa kocykiem i zaniosłam do samochodu. W domu położyłam go na przygotowanym posłaniu, był jeszcze dość ospały, ale już wstał i próbował trochę chodzić, a w końcu położył się sobie na podłodze.

Godzina po zabiegu

Opieka pooperacyjna

Trochę obawiałam się jak to będzie, jak będą wyglądały te dni, kiedy pies będzie musiał pomieszkać trochę w domu, do czego nie był przecież przyzwyczajony. Spodziewałam się, że mogą zdarzyć się jakieś niespodzianki i że jak już lepiej się poczuje, to będzie za bardzo rozrabiał oraz że trzeba będzie non stop go pilnować. Nie spodziewałam się natomiast jednego - że nic z tych rzeczy nie będzie miało miejsca :) czym byłam naprawdę mega pozytywnie zaskoczona. Oskar w domu zachowywał się bardzo grzecznie, nic nie zniszczył, ani razu nie nabrudził (mimo, że nigdy nie był uczony zachowywania czystości, bo nie mieszkał w domu), można było też spokojnie zostawiać go samego na jakiś czas, a on wtedy grzecznie spał.

Ten wieczór po zabiegu prawie cały przespał, najpierw pospał sobie na podłodze, później jednak przeniósł się na posłanie i spał tak aż do 19:35, kiedy nagle wstał już całkiem przytomny i podszedł do nas patrząc w oczy, jakby czegoś chciał - od razu przyszło mi na myśl, że może chce wyjść na podwórko, więc zapięłam mu smycz i wyszliśmy powolutku, okazało się, że trafnie rozpoznałam jego potrzebę - po prostu poprosił wtedy o wyjście na siusiu. Po kilku minutach wróciliśmy i mógł dalej sobie spać. Tego dnia nic jeszcze nie jadł, pił tylko wodę, ale nieco za dużo, bo dwa razy zwymiotował samą wodą. Kiedy wróciliśmy po ostatnim wieczornym wyjściu i ja już kładłam się spać, jemu spać już wcale się nie chciało, no i prawie całą noc chodził, od czasu do czasu trącił mnie nosem w rękę, żeby go pogłaskać, zaczął też lizać szwy, co trochę mnie niepokoiło, ale zgodnie z zaleceniem weterynarza nie nosił żadnego kubraczka ani kołnierza, miał tylko to miejsce pooperacyjne spryskane takim srebrnym sprejem. Tak więc miałam nieprzespaną noc, to i wstałam bardzo wcześnie i już o 5:30 Oskar dostał pierwszą małą porcję jedzenia. Od tej pory codziennie jadł 2 razy dziennie gotowane mięsko z kurczaka z ryżem i warzywkami (a do BARFu wróciliśmy po 2 tygodniach).

Jeśli chodzi o ranę pooperacyjną, to przez tydzień była jeszcze dość spora opuchlizna, która z czasem zaczęła pomału się zmniejszać. Szwy były dwa (miał założone rozpuszczalne szwy), z których jeden zniknął całkowicie już piątego dnia, bo go sobie po prostu systematycznie wylizał i nieznacznie to miejsce się rozeszło, ale już było na tyle zagojone, że to nic takiego, drugi szew jakoś przetrwał. Najgorsze było to momentami bardzo uporczywe lizanie, starałam się na tyle, na ile mogłam odwracać jego uwagę od rany, ale co poradzić, jak go tam na pewno swędziało, gdy się goiło. Zlizał sobie przez to wszystko skórę na tej ranie i goiło się troszkę dłużej niż gdyby tego nie ruszał, ale w końcu i szwy się wygoiły i skóra się zregenerowała i zaczęła odrastać wygolona przed zabiegiem sierść i wszystko było w porządku. Na zdjęcie szwów nie chodziliśmy, bo weterynarz powiedział, że nie trzeba, chociaż po tym szwie, który przetrwał, został mu na zewnątrz supełek aż do dzisiaj.

3 dni po kastracji
Jeśli chodzi o zachowanie Oskara, to jak już wspomniałam w domu zachowywał się grzecznie, większość czasu sobie przesypiał. Przez pierwsze dni był bardzo spokojny, z czasem coraz bardziej rozbrykany i skory do zabawy, momentami aż trzeba było go trochę przystopować, aby za bardzo nie szalał. Najbardziej żywiołowy zrobił się w sobotę - 4 dni po zabiegu, a w poniedziałek było po nim widać, że już jest coraz bardziej znudzony siedzeniem w domu i za każdym razem z wielką chęcią wybiegał na podwórko. Od środy więc już w dzień przebywał na podwórku, a do domu brałam go tylko na noc, zaś od piątku już normalnie wyprowadził się na podwórko.


Podsumowanie
 
Chociaż miałam sporo wątpliwości i obaw, to na dzień dzisiejszy decyzji o kastracji psa nie żałuję. Nawet mimo tego, iż po wszystkim i tak miałam trochę wyrzutów sumienia, bo to jednak takie nienaturalne, żeby coś wycinać zdrowemu psu. Te wyrzuty jednak już prawie zanikły, bo bardzo liczę na to, że jak już hormony się uciszą, to u Oskara zniknie całkowicie ten popęd do innych psów i będzie mógł z nimi normalnie koegzystować. A nawet jeśli by się niewiele zmieniło, to przynajmniej i nie zaszkodziło, bo to cały czas ten sam - zdrowy, wesoły, żywiołowy, zwariowany pies, tyle że trochę niekompletny ;)

5 dni po kastracji - zabawy z piłeczką :)

środa, 12 grudnia 2012

Wspomnienie wakacji - część psia :)

Było już o króliczkach, to teraz pora na psi wakacyjny pamiętnik :)

Dla mego Oskara to lato też nie było takie całkiem zwyczajne, też miał trochę nowości. Najpierw trochę zmodyfikowałam mu jego barfowy jadłospis, aby mógł troszeczkę przytyć - ale o tym, jak i o jego letnim marudzeniu już pisałam w ostatniej "barfowej" notatce, więc nie będę się powtarzać (wspomnę jeszcze o efekcie zmian - ale to w kolejnym poście). Później, w czasie gdy trzeba było dokarmiać maleńkie króliczki, nie mogłam poświęcić psu tyle czasu, ile bym chciała, więc troszeczkę był zdany sam na siebie, bo ani nie ćwiczyliśmy żadnego psiego sportu, ani nie wychodziliśmy też zbyt często na spacer. Oczywiście poznał naszych nowych długouchych przyjaciół, ale tylko z daleka, właściwie mógł zapoznać się dobrze jedynie z ich zapachem, a popatrzeć mógł tylko z dużego dystansu, ze względu na jego instynkt łowiecki do tego typu zwierzątek.

Największa zmiana (na szczęście tylko czasowa) w jego trybie życia nastąpiła w drugiej połowie lata. Związane to było z pracami przy wymianie dachu na naszym domu. Przede wszystkim dla jego własnego bezpieczeństwa, jak również aby nie kręcił się robotnikom pod nogami, musiał na czas remontu przebywać w jednym miejscu - w kojcu, co było dla niego zupełną nowością, bo nigdy nie był tak ograniczony na swoim podwórku. Kojec przygotowaliśmy ostatecznie z samego rana w dzień rozpoczęcia prac - z jednej strony ograniczony był ścianą budynku gospodarczego, obok płotem od strony sąsiadów, który jeszcze dodatkowo umocniliśmy i zakryliśmy w większości kawałkami onduliny, a pozostałe dwie ścianki ogrodzenia i bramkę zrobiliśmy z fragmentów starego płotu. Kojec wyszedł nawet dość spory. Wstawiliśmy tam budę, a następnie zanim jeszcze przyjechała ekipa, razem z siostrą zabrałyśmy Oskara na dłuższy spacer do lasu. Wzięłam ze sobą linkę treningową (10 m), bo bałam się jeszcze tak całkiem go spuszczać ze smyczy - choć w spacerowych planach miałam już puszczanie psa luzem, to jednak chciałam zacząć dość ostrożnie od poćwiczenia przywoływania na długiej lince; oprócz tego trzeba było też nieco "obadać" teren. Kiedy wróciliśmy ze spaceru, już były rozstawione rusztowania, a robotnicy już w większości siedzieli na dachu. Oskar musiał od tego momentu zostawać w kojcu, co jak się można domyślić nie bardzo mu odpowiadało. Musiał swoje wyszczekać - bo jak to - obcy ludzie mu się kręcili po jego terenie. Później na jakiś czas, i to dość długi jak na niego, zapanowała dziwna cisza... a pies jakimś dziwnym trafem biegał sobie szczęśliwy po podwórku. A co się stało? - otóż, kiedy był tak cicho, okazało się, że czas ten spędził bardzo pracowicie, robiąc podkop :) Wydostał się z kojca i trochę sobie pobiegał, a później ulokował się w kąciku pod garażowymi drzwiami i odpoczywał nikomu nie przeszkadzając - tak go właśnie zastałam, kiedy wróciłam do domu po kilkugodzinnej nieobecności. Trochę z nim później posiedziałam i przypilnowałam, kiedy ekipa zbierała się do domu. Pod wieczór tata naprawił podkop i umocnił jeszcze to miejsce i po wieczornym spacerze Oskar musiał wrócić do kojca.
Podkopu już więcej nie zrobił, a z czasem przywykł do tego, że musi przebywać na tej małej przestrzeni i trochę zrezygnowany większość tego czasu przesypiał. A najbardziej cieszył się z codziennych długich porannych i wieczornych spacerków. Najdłuższe spacery zawsze odbywały się rano - w bardzo fajne miejsce - na łąkę na skraju lasu i trwały około 2 godzin, zaś wieczorami spacerowaliśmy w różnych kierunkach, ale już nie tak daleko i nie tak długo, najwyżej około godziny. Wieczorne spacery odbywały się tylko na smyczy i nie były bardzo ciekawe, natomiast najciekawsze, moje (jak i zapewne Oskara też) ulubione były te poranne. Jak już wspomniałam, z początku brałam ze sobą linkę treningową i na nią przepinałam psa, kiedy już byliśmy z dala od drogi i od ludzi. Zawsze brałam ze sobą jakieś smakołyki i ćwiczyliśmy co nieco z przywołania, co wychodziło całkiem nieźle (bo tak w ogóle - na własnym podwórku przywołanie ćwiczymy już od dawna, więc on to umie, choć nie zawsze mu się chce ;) ale żeby tak na otwartej przestrzeni - zawsze bałam się go gdzieś spuścić, a już na pewno nie gdzieś gdzie są obcy ludzie i jeżdżą samochody; chociaż kiedyś, już dawno temu, zdarzyło się, że musiałam to przywołanie w środku osiedla wypróbować i efekt był pozytywny, nawet nie musiałam przypinać psu smyczy, aby go na podwórko sprowadzić, wystarczyły smaczki). Po kilku - dosłownie po 3 czy 4 dniach, kiedy już zapoznaliśmy się z terenem, pochodziliśmy tam trochę na lince, kiedy razem z siostrą (bo chodziłyśmy z Oskarem zazwyczaj we dwie) stwierdziłyśmy, że ludzie tam raczej się nie pojawiają, choć ja jeszcze do tego nie byłam do końca przekonana, to ona namówiła mnie, żeby już spróbować go spuścić, aby pobiegał luzem. Pomysł okazał się dobry, przywołanie działało (tym bardziej, że "losowo" niektóre przyjścia do nogi były premiowane smakołykami), tak więc od tamtego dnia Oskar codziennie na porannych spacerach mógł wybiegać się sobie luzem.
(Ja się czasem zastanawiam, dlaczego mam tak mało wiary we własne i swojego psa możliwości?)  
Na tych porannych spacerkach, jako że okolica jest bardzo ciekawa, było naprawdę bardzo sympatycznie - pies mógł się wybiegać i pomoczyć sobie łapki, a nawet całe "podwozie" w łąkowym "bajorku", a my mogłyśmy co nieco poobserwować przyrodę, bo oprócz ciekawej roślinności i różnych mniejszych żyjątek, w lesie wśród gałęzi drzew bywało przeróżne kolorowe ptactwo, a nawet jastrzębie gdzieś tam mieszkają, z dala w zagajniku od czasu do czasu pojawiała się rodzinka sarenek, a na łące kilka razy spotkaliśmy lisa. Z rudzielcem na szczęście Oskar nie zetknął się nos w nos, bo za pierwszym razem, jak go przyuważyłam, zdążyłam psa do siebie przywołać i zapiąć na smycz, a i kolejnymi razami zawsze pierwsza go wypatrzyłam i zarówno dla psiego jak i liskowego bezpieczeństwa, pies był przypinany.
Im bardziej Oskar poznawał nowy teren i im pewniej na nim się czuł, tym dalej pozwalał sobie się od nas oddalać i częściej trzeba go było przywoływać, a nawet zawracać kilka razy, aby nie był tak do końca pewny w jakim konkretnie idziemy kierunku. Mimo wszystko, podczas tych spacerów "na luzie" tylko raz zdarzyło nam się psa zgubić, kiedy w drodze powrotnej odbiegł troszkę za daleko i nie zareagował na przywołanie - trochę się wtedy wystraszyłam, ale znalazł się szybko, natknęłyśmy się na niego gdy węszył sobie w krzaczkach przy drodze, zaraz za wychodzącą z lasu ścieżką.

Nasze fajne spacerki zaczęły po jakimś czasie stawać pod znakiem zapytania, kiedy to coraz częściej natykaliśmy się na ludzi. Zaczynał się bowiem sezon grzybowy i w lesie powolutku zaczęło roić się od grzybiarzy. Na początku były to pojedyncze przypadki - a to ścieżką przejechał sobie pan na rowerze, na którego pies nie zwrócił nawet uwagi, a to sąsiedzi wracali do domu, kiedy my wchodziliśmy dopiero na ścieżkę, a to starsze panie szukały grzybów niedaleko ścieżki, raz nawet pewna pani z dwójką dzieci zawędrowała prawie pod naszą ulubioną łączkę (zawału mało nie dostałam, bo Oskar bardzo nie lubi dzieci) - za każdym razem przywoływałam wtedy szybciutko psa i od razu zapinałam na smycz. Można się było spodziewać, że od tej pory amatorów grzybobrania będzie na naszej drodze coraz więcej, zatem puszczanie psa luzem stawało się coraz bardziej ryzykowne, bo nie wiadomo było czy zza zakrętu nagle nie wyłoni się jakiś człowiek i jak zareaguje wtedy pies oraz ów człowiek. Z wielkim żalem trzeba było więc zawiesić spacery bez smyczy, oprócz tego zrezygnowaliśmy również z tego ulubionego terenu i chodziliśmy w nowe miejsca, w inne części lasu, ale już tylko na smyczy.
Niedługo potem skończył się remont, Oskar musiał jeszcze pomieszkać w kojcu aż do momentu uprzątnięcia podwórka i przeniesienia klatki z króliczkami do ogrodzonego ogródka, a później wreszcie odzyskał "swoje" podwórko, swój teren, na którym mógł się wyszaleć, kiedy tylko miał na to ochotę. Spacerki niestety stały się wówczas nieco mniej regularne i już zazwyczaj po jednym dziennie, ale najważniejsze, że były jakiekolwiek.
Spacerkowe migawki


Minione lato obfituje w wiele ciekawych wspomnień, niezapomnianych chwil związanych zarówno z nowymi zwierzątkami - własnoręcznie odchowanymi królikami, jak i ze "starym" dobrym przyjacielem - moim łaciatym łobuzem :)
Mam nadzieję, drodzy Czytelnicy, że Was nie zanudziłam tymi trochę przydługimi "historiami".
A w życiu Oskara niedawno nastąpiła jeszcze jedna wielka zmiana, ale o tym już niedługo.

wtorek, 11 grudnia 2012

Wspomnienie wakacji - część królicza :)

Robi się coraz mroźniej, za oknami już biało, a ja tymczasem wrócę na chwilę do cieplejszych dni tego powolutku mijającego już roku... i tym samym postaram się nieco nadrobić dłuższą nieobecność na blogu.


To było w drugiej połowie czerwca - rozpoczęło się lato, wraz z nim wakacyjne wyjazdy, wypady na grilla. No i już pierwszy taki weekend zupełnie niespodziewanie zaowocował nowymi czworonożnymi lokatorami w naszym domu. A zaczęło się zupełnie zwyczajnie - ja postanowiłam zostać w domu, podczas gdy reszta rodzinki wyjechała na weekendowe grillowanie w większym rodzinnym gronie. Nic nadzwyczajnego, nawet się nie spodziewałam, że coś niezwykłego może się zdarzyć tego lata... aż do niedzieli, kiedy to późnym popołudniem odbieram telefon od siostry i słyszę, że będziemy mieć małe króliczki... Pierwszą moją reakcją było ogromne zaskoczenie i niedowierzanie - "o czym ona do mnie mówi? że króliki? ale jak, skąd, po co i dlaczego?". Coś tam mówiła o co chodzi, ale ja miałam już mętlik w głowie i w sumie niewiele się dowiedziałam. Zastanawiałam się tylko co to za pomysł i gdzie i po co my będziemy trzymać króliki... I szczerze powiedziawszy byłam bardzo sceptycznie do tego wszystkiego nastawiona. Do czasu... Nie minęła godzina, a rodzinka wróciła, przywożąc ze sobą pudełko wielkości może 25x15 cm, w którym spało sobie w sianku siedem wtulonych w siebie maleńkich króliczków - jeszcze ślepych i głuchych - 5 czarnych, szary i brązowy. Jak się okazało, królicza mama po tygodniu od wykotu przestała je karmić, sama było ledwo żywa, bo też nic nie jadła (i niestety padła zaraz po tym jak jej dzieci wyjechały już do nas) i małym groziła śmierć głodowa, gdyby nikt nimi się nie zajął. Aż łza się w oku zakręciła na widok tych bezbronnych, bezradnych istotek - można powiedzieć, że zakochałam się w nich od pierwszego wejrzenia - i od razu przepadły gdzieś wszelkie wcześniejsze wątpliwości. Pozostał tylko strach na myśl o tym, że mogłoby się nie udać...



No i zaczęło się - poszukiwanie wszelkich informacji na temat wykarmiania króliczych sierotek - na różnych internetowych portalach poświęconych królikom, przydała się też książka o królikach miniaturkach, którą kupiłam jeszcze jako nastolatka, kiedy zamarzył mi się taki króliczek w domu (którego jednak nigdy się nie doczekałam). Pierwsza próba dokarmienia odbyła się już niedzielnego wieczora - z braku innej możliwości siostra próbowała podać maleństwom trochę podgrzanego krowiego mleka z małej strzykawki, jednak nie bardzo to wyszło, bo nie umiały jeszcze jeść z takiego "narzędzia", no ale choć po parę kropelek mleka wypiły. Zostały ulokowane w nieco większym kartonie, z większą ilością sianka, aby nie zmarzły, a ja kładłam się spać z wielką nadzieją, że następnego ranka wszystkie zobaczymy żywe...


Mini galeria - drugi tydzień życia :)
W poniedziałkowy poranek była chwila niepewności przed zajrzeniem do pudła - i wielka ulga, kiedy okazało się, że wszystkie maluchy dzielnie się trzymają, choć ta jedna noc jeszcze niczego nie przesądzała, bo nie wiadomo było jak będzie dalej z karmieniem. Zaraz po śniadaniu pobiegłyśmy do sklepu po mleko dla niemowląt i do apteki, gdzie kupiłyśmy zakraplacz, z którego byłoby łatwiej karmić. Maluszki zostały zważone - najmniejszy i bardzo już wychudzony szary ważył zaledwie niecałe 90 g, a największy z czarnych prawie 130 g. Później zaczęło się karmienie, które szło bardzo powoli, bo oczywiście króliczki nie były jeszcze przekonane do ssania mleka ze szklanej pipetki, tak zupełnie inaczej niż od króliczej mamy. Oprócz tego, każde maleństwo po nakarmieniu miało wymasowany brzuszek, aby jelita zostały pobudzone do pracy. Całość zajęła prawie 2 godziny, no i to samo było jeszcze po południu i wieczorem. Jeszcze tego samego dnia jednemu z czarnych króliczków powolutku zaczęły otwierać się oczka. Od następnego dnia codziennie odbywało się poranne i wieczorne karmienie. Te pierwsze dni były bardzo trudne, bo maluchy jeszcze za mało jadły, niektóre wręcz "marudziły" przy jedzeniu, prawie wcale nie przybierały na wadze, więc pojawiały się też chwile zwątpienia. Jednak z dnia na dzień pomalutku przyzwyczajały się do sztucznego dokarmiania, coraz chętniej ssały mleko z pipetki, a w międzyczasie udało się zakupić maleńką buteleczkę ze smoczkiem do dokarmiania zwierząt, więc karmienie szło nieco sprawniej (niektóre z maluchów polubiły ssanie z buteleczki, a inne zostały przy pipetce), zaczęły też pomalutku przybierać na wadze, a ja coraz bardziej zaczynałam wierzyć w to, że uda się je wszystkie odchować. W ciągu tygodnia od przyjazdu (a więc był to ich drugi tydzień życia) wszystkie pootwierały oczy i były coraz bardziej ruchliwe, szybko uczyły się coraz pewniej chodzić i skakać. Zaczęło się też nadawanie im "ksywek" :) - szary został nazwany Farcikiem (ze względu na szczęście jakim było jego przeżycie mimo marnych szans), brązowy Rexem (od łac. rex - król), a wśród czarnych pojawiły się: Pirat (w czasie otwierania oczu - jednego dnia miał jedno otwarte, a drugie jeszcze zamknięte; z czasem jednak został "przechrzczony" na Kuleczkę, bo był taki malutki i wyglądał jak taka mała słodka kuleczka), Krzyś, Grześ (wędrowniczek), Żarłok i Niejadek.

Mini galeria: trzeci - piąty tydzień
Z czasem króliczki coraz więcej jadły, podskubywały sianko, a w trzecim tygodniu zaczynały pomału skubać też granulat. No i w końcu waga coraz szybciej szła w górę, a po ukończeniu miesiąca dosłownie rosły w oczach. Odstawiłyśmy je od mleka - tak jak ma to miejsce w naturze - w szóstym tygodniu; jadły już wtedy sporo granulatu i siana, pomału zaczęły też dostawać zieleninę. Kartony trzeba było zmieniać na coraz większe, bo oprócz tego, że rosły coraz większe, hasały na całego i ponauczały się wyskakiwać i wspinać się gdzie się dało. Mieszkały już wówczas nie we właściwej części domu (gdzie pobyły tylko kilka pierwszych dni), tylko na samym parterze, w takiej "letniej" kuchni, gdzie mogły sobie trochę swobodnie pohasać pod nadzorem, choć i parę razy bez nadzoru im się udało, kiedy w nocy któremuś udawało się wyskoczyć z kartonu (mimo tego, że był "zadaszony") i tym samym utorować drogę pozostałym - wspomnienia z tych chwil zdumienia - bezcenne ;). W końcu pora była przyzwyczajać je do nowego mieszkanka - stojącej już na podwórku klatki. Z początku przebywały tam tylko w ciągu dnia, a na noc wracały do domu. Kiedy skończyły siedem tygodni, zostały zaszczepione od groźnych króliczych chorób - myksomatozy i pomoru królików. Mieszkały już później na stałe w klatce, raz na jakiś czas tylko brałyśmy je na parę chwil do domu, aby je zważyć. Gdy miały dwa miesiące, ważyły już w granicach 1 kg - największy był jak zwykle Krzyś - 1,2 kg, a najmniejsza Kuleczka - zaledwie jeszcze 680 g.

Na początku września w końcu poznałyśmy płeć króliczków - okazało się, że są to 3 samiczki i 4 samce. I tak Krzyś okazał się Krzysią, a Rex - Reksią (dwa największe króliki z miotu okazały się samiczkami!), a trzecią dziewczynką była malusia Kulcia, zaś pozostałe - samce to Farcik, Grześ, Żarłok i Niejadek. Zbliżał się też czas rozdzielania rodzeństwa i rozstań. Zostać u nas mogły niestety tylko 2 króliki :( na pozostałe chętnych za bardzo nie było, więc z wielkim bólem 4 czarnuszki musiałyśmy wysłać tam, skąd pochodziły, gdzie ich życie długie nie będzie (bo są to przecież standardowe króliki hodowane na mięso (!), co mi bardzo trudno przez myśl przechodzi, no ale niestety nie udało się wszystkich przed tym losem uchronić :'( ), ale mimo wszystko na pewno będą żyły w dobrych warunkach i jest możliwość odwiedzenia ich od czasu do czasu, póki są. I tak 11. września wyjechały od nas Kuleczka, Grześ, Żarłoczek i Niejadek. Zaś tydzień później oddałyśmy do "adopcji" Farcika, który też został w rodzinie, ale w odróżnieniu od poprzedniej czwórki - na "dożywocie", poza tym jest całkiem blisko, więc możemy go dość często odwiedzać. A u nas na "dożywocie" zostały dwie dziewczynki - Reksia i Krzysia.

Ostatnia wspólna sesja zdjęciowa - królisie w wieku prawie 3 miesięcy


Jak widać, tegoroczne lato było dość wyjątkowe i na pewno niezapomniane, pełne niesamowitych przeżyć. Jak dla mnie, odchowanie całego króliczego miotu, bez żadnej straty, było naprawdę wielkim sukcesem - wspólnie z siostrą ten sukces odniosłyśmy.
Na obecną chwilę nasze królisie mają już prawie pół roku, nasze dziewczynki żyją razem dość zgodnie (choć charakterna Krzyśka najwyraźniej dominuje nad spokojniejszą Reksią), Farcik pięknie mężnieje i ogólnie jest bardzo ładnym samcem, a wśród pozostałej czwórki zostały 3 samczyki i hasają sobie na wspólnym wybiegu razem z towarzyszem z innego miotu. Kuleczka niestety jakieś 2 miesiące temu się rozchorowała (dopadła ją śmiertelna dla niej biegunka) i odeszła za Tęczowy Most :(