Dlaczego BARF?
No właśnie, skąd w ogóle wziął się pomysł na zmianę psiej diety? Oskar nie jest ani niejadkiem (a wręcz przeciwnie - "odkurzaczem" do jedzenia), ani nie ma żadnych problemów pokarmowych (ma wręcz "żelazny" żołądek). Przeszedł już przeróżne sposoby żywienia - było jedzenie gotowane, pod postacią jakichś ścinków i okrawków albo takiego mięsa dla psów w "kiełbaskach", mieszanych z makaronem, ryżem lub kaszą; były też suche karmy, od tych zwyczajnych "marketówek", po te lepszej jakości. Od kilku ostatnich lat jadał głównie suchą karmę, oczywiście tę lepszej jakości, którą zamawiałam w internetowych sklepach zoologicznych. Dosyć wygodny sposób żywienia - wystarczy zamówić odpowiednią karmę, poczekać z reguły 2-3 dni, przyjąć przesyłkę od kuriera, i później, przez kolejne kilka tygodni tylko odsypywać codzienną porcję dla pieska, ze świadomością, że przecież dobrze go się karmi, bo wybieram te lepsze karmy, w których składzie na pierwszym miejscu wymieniane jest 20-30% mięsa i produktów pochodzenia zwierzęcego. No dobrze, a co z pozostałymi składnikami? Ryż, pulpa buraczana, kukurydza, pszenica, (nie wspominając już o innych składnikach o różnych dziwnych nazwach), itp... Czy one mają dla psa jakieś konkretne wartości, czy to ma być tylko taki zapychacz? A stanowi to przecież grubo ponad połowę składu karmy... - Zaczęło mnie to coraz bardziej nurtować. A jeszcze bardziej się tym zainteresowałam, kiedy dotarłam do informacji (całkiem przypadkowo, bo znalazłam to czytając bardzo ciekawą książkę o emocjonalnym życiu zwierząt) co tak naprawdę wchodzi w skład "mięsa i produktów pochodzenia zwierzęcego" stosowanych do produkcji większości suchych karm. W końcu zdałam sobie sprawę, że mimo iż te karmy są tak zachwalane, takie niby super zbilansowane, to tak naprawdę, karmiąc psa tymi suchymi "bobkami", nigdy nie mam pewności, co on właściwie zjada (największy plus to chyba tylko wygoda w podawaniu takiego jedzenia, bo ani to czasu za dużo nie zajmie, ani nic się nie ubrudzi). Poza tym, jest to przecież jedzenie wysoko przetworzone. A że już wcześniej zapoznałam się z terminem "BARF" oraz z wieloma pozytywnymi opiniami na temat owej diety, powiedziałam suchym karmom "stop!". A dlaczego nie jedzenie gotowane? I dlatego, że to chyba najbardziej pracochłonne, i właściwie co w nim jest tak wartościowego dla psa? Wiele wartościowych składników po prostu się wygotowuje. A i nawet zębów pies za bardzo nie użyje, bo wszystko szybciutko połknie - dieta dobra dla bezzębnych lub mających kłopoty trawienne psów, a mój do takich nie należy ;) BARF chodził mi po głowie już od jakiegoś czasu, no i w końcu zdecydowałam - kończymy ostatnio zakupiony worek karmy i zapoznamy się bliżej z surowizną. Będziemy bliżej natury ;)
Początek BARFu.
Pierwsza rzecz to było, jak już wspominałam, uzyskanie jak największej ilości informacji na temat nowej diety. Miałam na to ponad 2 miesiące, bo na tyle czasu było jeszcze karmy w worze. Tak więc pomalutku owe informacje zbierałam. Czytałam, najważniejsze wklejałam do pliku tekstowego w komputerze, żeby później to sobie wydrukować i jeszcze raz dokładnie przestudiować. Następnie, kiedy już zaczynało powoli być widać dno worka z karmą, trzeba było zacząć robić zakupy i ułożyć plan żywienia.
Chciałam zacząć od podawania surowych nieczyszczonych żołądków wołowych - na uregulowanie odpowiedniej do trawienia surowizny flory bakteryjnej w psim przewodzie pokarmowym. Niestety nie mogłam ich dostać odpowiednio wcześnie, więc zaczęliśmy od miękkich kości w postaci korpusu z kurczaka. To było takie przejście z dnia na dzień - jednego dnia Oskar skończył suchą karmę, a już następnego, ale dopiero wieczorem, dostał kurzy korpus. Zjadł z miłą chęcią i bardzo był zadowolony po takim obiadku ;)
Drugiego dnia rano również jadł korpus, a mi w ciągu dnia udało się zrobić większe zakupy i w końcu dostałam też ten wyczekiwany rarytas - wołowe żołądki (z firmy Primex - świeżo wyciągnięte, zmielone, popakowane po 1 kg i szokowo mrożone), które okazały się wielkim hitem! Odsypałam z paczki do rozmrożenia porcję na wieczór, a kiedy nastała pora posiłku, pies niemalże wciągnął je nosem, wielce uradowany z takiej pysznej i jakże "aromatycznej" przekąski - jadł cały czas machając ogonem, a później patrzył na mnie pytającym wzrokiem, czy przypadkiem jeszcze gdzieś nie schowałam mu tego dobrego jedzonka :)
Żołądki jadł jeszcze przez dwa dni, za każdym razem będąc wielce szczęśliwym, że dostał taki rarytas. I już trzeciego dnia barfowania pojawiła się pierwsza "barfowa" kupka - bardzo niewielka i łatwa do sprzątnięcia ;)
Piątego dnia, który wypadł akurat w Wigilię, rano dostał piękną indyczą szyjkę. Wcześniej postanowiłam podawać mu takie jedzenie przez jakiś czas z ręki, aby nauczył się ładnie, dokładnie gryźć, bo jest bardzo łapczywy w jedzeniu. Przy wcześniejszych korpusach całkiem dobrze poszło, tylko końcówki mu już wypuszczałam z ręki, a przy owej szyjce zdarzyła się mała katastrofa - przy końcówce, przez chwilę nieuwagi, na psi ząb razem z szyjką poszedł mój palec, polało się trochę krwi i została dość głęboka dziurka w zgięciu wskazującego palca prawej ręki, ale poza tym raczej nic poważnego, tyle tylko, że mi trochę unieruchomił ten palec na jakiś czas (i to akurat na Święta), bo póki się całkiem nie wygoi i nie zejdzie opuchlizna, nie dam rady normalnie go zginać. Zakończyliśmy więc na tym etap podawania jedzenia z ręki :P Wieczorem korpusik jadł już z miski.
Szóstego dnia rano schrupał kurze szyjki, a wieczorem dostał piękną, dość dużą jak na niego, cielęcą kostkę, z którą "walczył" ponad dwie godziny, zostawiając na koniec najtwardszą część, której już nie dał rady pogryźć.
Siódmy dzień wypadł dniem papki podrobowo-warzywno-owocowej, ze świeżo zmiksowaną w sokowirówce marchewką, pietruszką, jabłkiem i bananem i z natką pietruszki.
I tak minął pierwszy tydzień BARFowania. Pies jest bardzo zadowolony, widać, że nowa dieta mu służy, bo dobrze ją przyswaja. Będę na pewno od czasu do czasu opisywała jakie będą jej dalsze efekty :)
Na koniec jeszcze wspomnę o czasie jaki poświęca się na przygotowywanie posiłków - kiedy ma się zrobione odpowiednie zapasy, to niczym nie różni się od czasu poświęconego na suchą karmę - bo wystarczy tylko rano wyjąć z zamrażarki porcję na wieczór, a wieczorem - porcję na rano, a naprawdę nie zajmuje to więcej czasu niż odmierzenie i nasypanie suchej karmy. Czas poświęca się tylko na zakupy, które przecież i tak można zrobić przy okazji tych zwykłych domowych, no i na poporcjowanie psiego jedzenia i schowanie tychże porcji do zamrażarki. Ja jeszcze poświęcam czas na przygotowanie w sokowirówce świeżych warzyw i owoców do papki p.-w.-o. (niektórzy jednorazowo przygotowują tego więcej i mrożą kilka porcji, ja wolę warzywa i owoce podawać świeże, mrożę tylko mix podrobowy), ale to zajmuje dosłownie chwilę (dłużej się myje to urządzenie niż się przygotowuje w nim w.-o. mix :P). Wbrew pozorom, BARF nie jest taki pracochłonny jakby się to mogło wydawać. Jeśli ktoś się zastanawia nad tą właśnie dietą dla swego pupila, to polecam :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz