sobota, 15 stycznia 2011

Moje zwierzaki...

Zwierzęta kocham odkąd pamiętam. Jak byłam mała zawsze miałam ochotę pogłaskać każdego napotkanego psa czy kota :) A swojego pierwszego psa dostałam mając 8 lat. Wtedy też zaczęłam prowadzić taki zeszycik, w którym każde zwierzę zamieszkujące z nami miało swój portrecik (narysowany przeze mnie oczywiście) i krótki opis. Ów pamiętniczek do dziś przechowuję gdzieś w szufladzie - taka miła pamiątka z dzieciństwa :)

W dzisiejszej notce opiszę pokrótce każde zwierzątko, które spędziło ze mną swoje życie. Czyli będą to takie krótkie wspomnienia o tych, których już nie ma... (A obecnego Oskara zostawię na oddzielny temat;))

Pierwszy był DŻEKI - to był mój pierwszy pies, dostałam go od swojej chrzestnej; przybył do nas w wieku około 4 miesięcy, a ja miałam wtedy 8 lat, i będąc jeszcze wtedy jedynaczką miałam świetnego kompana do zabaw, pamiętam, że uwielbiałam z nim biegać :) Był to bardzo sympatyczny niewielki kundelek maści czarnej podpalanej. Niestety jego życie było krótkie, gdyż w wieku około 1 roku bardzo się rozchorował, a leczenie nie przynosiło skutku i trzeba było go uśpić :( Ja pamiętam z tego okresu tyle, że byłam wtedy tydzień u babci na wakacjach, a jak wróciłam, to jego już nie było :(

Zaraz po Dżekim pojawił się u nas MISIEK - pies w typie owczarka podhalańskiego, wzięty w wieku około 5 miesięcy z lisiej fermy, której te psy pilnowały. Miś był dość energicznym psem, mieszkał w kojcu, w swojej dużej budzie, i brykał z radości, gdy był wypuszczany (a ja często lądowałam na ziemi, bo przecież ważył więcej ode mnie ;)). Swoją posturą i szczekaniem zawsze odstraszał intruzów, ale tak naprawdę był łagodnym psem, a nawet trochę bojaźliwym. Gdy miał 2 lata, rodzice stwierdzili, że jednak go oddadzą, z czego ja nie byłam zadowolona. Ale on był na tyle uparty, że przy pierwszej sposobności udało mu się wymknąć z nowego miejsca i wytrwale szukał drogi do domu i osiągnął swój cel! Znów był z nami, już przez dłuższy okres czasu. Jednak nie do samego końca, bo rodzice znów go oddali komuś innemu (miał wtedy może 4 czy 5 lat). Mam nadzieję, że było mu tam dobrze i dożył szczęśliwie swych dni.  

Kiedy Misiek pierwszy raz trafił w inne miejsce, pojawił się u nas MIKI - malutki rudy kundelek, wzięty od rodziny (tym razem od mego chrzestnego) w wieku 7 tygodni. Jak wyżej napisałam, Misiek do nas wrócił, więc przez pewien czas mieliśmy 2 psy - dużego i malutkiego, uroczo razem wyglądali :) Mikuś był małym rozrabiaką, z którym oczywiście uwielbiałam się bawić. Niestety wspólne zabawy szybko się skończyły, bo małego w wieku 3 miesięcy zabiła choroba odkleszczowa, nawet nie zdążył dorosnąć :(

Już po drugim oddaniu Miśka, przez dość długi okres czasu nie mieliśmy żadnego psa.
Za to kiedy miałam 13 lat, od kuzynów dostałam chomika, z chęcią go zaadoptowałam i nazwałam PUSZEK (najpierw był on Punią, ale kiedy czytałam książkę o chomikach, odkryłam, że nie był on jednak dziewczynką, jak twierdzili pierwotni właściciele ;)). Chomik na początku był dość dziki i gryzł do krwi, ale z czasem udało mi się go oswoić. Był biało-rudy i dość duży, a żył około 2 lat.

Kolejne zwierzątka to były dwie malutkie biało-czarne łaciate myszki, samiczki :) Nazwałam je MIKI i KINIA. Bardzo sympatyczne zwierzątka, choć takie malutkie. Mikunia żyła krócej niż Kinia, zrobił się jej jakiś guzek pod ogonkiem; no a ta druga została później sama i spokojnie dożyła swych mysich dni.

No i w końcu, po dłuższej przerwie, pojawił się kolejny pies! Ja miałam wtedy 17 lat. Byłam przeszczęśliwa, kiedy przygarnęliśmy rudego przybłędę, który z wyglądu nieco przypominał długowłosego jamnika. Osoba, która zaopiekowała się nim tymczasowo zaraz po znalezieniu, nazwała go Borysem, ale ja wybrałam mu imię MAKS. Weterynarz określił jego wiek na około 1,5 roku. Mój nowy przyjaciel był bardzo towarzyski i łagodny, bał się tylko mężczyzn, a tak to ze wszystkimi się zaprzyjaźniał. Jego dużą wadą natomiast były ucieczki i samowolne wycieczki, nieraz wracał dopiero na drugi dzień. No i niestety, za którymś razem nie wrócił - skończyło się tragicznie, znalazłam go gdzieś na poboczu, najprawdopodobniej potrącił go samochód :( Maksio był z nami nieco ponad rok.

Kiedy się już trochę otrząsnęłam po stracie Maksa, dowiedziałam się, że u jednego wujka suczka jest w ciąży. Stwierdziłam, że jeden szczeniak będzie nasz i tak też się stało - tym szczeniakiem był właśnie Oskarek :) Ale o tym już następnym razem.

3 komentarze:

  1. Przykre, że tyle psów miałaś i każdy był krótko.... Niektóre zbyt krótko żyły.... :(
    Moje psiaki dożywały sędziwego wieku :) i jak się urodziłam to już pełno psów koło mnie było chyba 2 owczarki i swojego kundelka miałam.. niestety go nie pamiętam....

    A do dzisiaj zostało mi głaskanie wszystkich psów spotkanych na ulicy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, mieliśmy jakiegoś pecha do tych mniejszych psów... A Misiek jako ten większy, według rodziców, był jednak za duży na nasze możliwości, pewnie dożył słusznego wieku, ale jakiego nie wiem, bo już nie u nas.

    Ja się cieszę, że chociaż Oskar ma szczęśliwe i już dość długie życie :) Widocznie tak właśnie miało być...

    A do obcych psów teraz jednak podchodzę z większym dystansem, zaczepiam tylko te, które dobrze znam :) bo wiem po swoim, że nie każdy może lubić głaskanie przez obcych... W każdym razie pies i koty najbliższych sąsiadów mnie lubią, a Fafik (ten ich pies) często dołącza do nas, gdy idziemy z Oskarem na spacer ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja zawsze się pytam czy mogę pogłaskać, ale jak idę ulicą i psiaki same do mnie podchodzą to aż żal nie głaskać :) najlepsze są szczeniaki bo zawsze podchodzą :) i takie fajniutkie są...
    kalyna :)

    OdpowiedzUsuń